Fantomowa noga stołu Wuja Sama cz. V czyli naprawianie bezpieczników drutem

Prześlij dalej:

 

 

Czym jest bezpiecznik, wie chyba każdy. Czym jest Plunge Protection Team, prawdopodobnie nieliczni. Co łączy jedno z drugim, czyli skąd tytuł, niebawem wyjaśnimy. Na razie dla ciekawskich napiszemy tyle, że tak jedno jak i drugie służy do zapewniania właściwej pracy systemu, któremu służy oraz zabezpieczania go przed przeciążeniem . Element wspólny obu  jest natomiast taki, że przeciętny człowiek powinien drapać się po głowie z zafrasowania. I to w wersji łagodnej, bo wśród znających temat, na usta  nasuwają się znacznie ostrzejsze sformułowania. Ale po kolei.

Więc najpierw bezpiecznik. Mam na  myśli ten starszej generacji, zwany topikowym. Posiada zabezpieczenie przed przeciążeniem instalacji w postaci cienkiego drucika wewnątrz, a ten został dobrany według potrzeb, to jest zakładanego obciążenia instalacji. Jeśli jest za duże, drucik  ulega przepaleniu i obwód elektryczny zostaje przerwany. Gdyby go nie było, przewody wskutek zbyt dużego poboru y prądu będą grzały się, ich izolacja ulegnie  stopieniu i w naszym domu rozgorzeje pożar. Wniosek jest więc taki, że każdy rozsądny człowiek będzie dbał o bezpieczniki. Bywa oczywiście inaczej, gdy osoba wysoce nierozsądna w razie awarii nie wymieni bezpiecznika na oryginalny, ale naprawi popsuty, używając w tym celu drutu.  Jeżeli w takim przypadku spłonie czyjś dom, nikogo to nie dziwi. Sąsiedzi pokiwają głowami, że można być tak głupim. Konsekwencje fatalne, ale raczej chodzi o jednostkę.

Czas na  Plunge Protection Team. Tu nie mamy do czynienia z nieliczącą się jednostka.  Otóż jest to kolokwialna nazwa szacownej instytucji o nazwie Working Group on Financial Market, co możemy przetłumaczyć jako Grupa Robocza ds. Rynków Finansowych. Sama zaś nazwa Plunge Protection Team, w skrócie PPT,  to mniej więcej: „grupa ratująca/zabezpieczająca/chroniąca przed  runięciem/krachem (rynków finansowych). Została utworzona  przez prezydenta Ronalda w odpowiedzi na wydarzenia z dnia 9 października 1987, nazwanego „czarnym poniedziałkiem”. Tego dnia rynki giełdowe USA doświadczyły krachu. Główny indeks giełdy nowojorskiej Dow Jones Industrial Average czyli DJIA, zwany też w skrócie Dow Jones,  stracił 508 punktów, to jest 22 procent. Oczywiście, śladem przewodnika podążyły indeksy giełdowe na całym świecie, notując także ogromne spadki.  Na tym się nie skończyło. A ciągu pięciu sesji Dow Jones stracił jedną trzecią swojej wartości. Na całym świecie wybuchła panika. Do końca października tego roku giełda w Hongkongu straciła 45,8 proc., Australia 41,8 proc., Hiszpania 31 proc., Wielka Brytania 26,4 proc. a Kanada 22 proc.

Co ciekawe, do dziś ekonomiści utrzymują, że tak naprawdę nie było konkretnych przyczyn tego  wydarzenia. Jest jasne, że krach wyzwolił obawy o dalszy rozwój gospodarki. Panika jednak nie trwała. Długo. Kilka miesięcy później na giełdy powrócił optymizm. Indeks szerokiego rynku giełdy amerykańskiej, grupujący pięćset największych spółek odrobił wszystkie straty, kończąc rok 1987 wzrostem 2,6 proc.

Krach zmienił jednak wiele w podejściu do giełd oraz ogólnie do rynków finansowych.  Zaczęto przykładać większą uwagę do fundamentów ekonomicznych. Poza tym tzw. znawcy rynku doszli m.in. do „odkrywczego” wniosku, że inwestorzy nie kierują się czynnikami racjonalnymi, lecz emocjami. Powstała nawet na ten temat nauka, nazwana finansami behawioralnymi. Przytoczmy kilka  najistotniejszych konkluzji co do zachowania inwestorów na rynkach finansowych na podstawie badań fundacji The Research Foundation of CFA.[1] A więc:

- inwestorzy na rynkach finansowych kierują się nadmiernym optymizmem (co nie wymaga wyjaśnień) oraz przesadnym zaufaniem (jako przykład podam wiarę w autorytety, m.in. uleganie tak zwanym rekomendacjom odpowiednich instytucji, a jest tego wiele, np: „Vestor DM ustalił cenę docelową MZN Property na 2 zł za akcję” [2]. Zawsze należy zastanowić się, czy piszący nie ma jakiegoś ukrytego interesu w powyższym oraz że nie ponosi najmniejszej odpowiedzialności za swe słowa, a jeżeli np.takie xxx property, forestry, poultry itp itd... splajtuje, idziemy na skarge do Pana Boga);

- oceniają sytuację na podstawie cech powierzchownych raczej niż zagłębiają się w nie (jako doskonały przykład może posłużyć inwestowanie w bitcoina, choć także w dowolne akcje na giełdzie);

- kieruje nimi konserwatyzm, tzn. ich prognozy oraz założenia bazują na powtarzalności zasad oraz elementów funkcjonujących w przeszłości, przy jednoczesnym lekceważeniu wpływu elementów nowopowstałych (choćby słynna zasada „buy and hold”, czyli kup i trzymaj, bo prędzej czy później ceny wrócą na wysokie poziomy. Na nieprawdziwość tej teorii  dowodów jest mnóstwo w postaci spółek, których już dawno na giełdzie nie ma , bo zbankrutowały, lub inwestycja w indeks giełdy japońskiej, Nikkei, we wczesnych latach 90-tych wart prawie 40.000 pkt.,  dziś przynoszący  stratę  prawie 50 procent);

- kierują się tzw. „świeżą pamięcią”, czyli innymi słowy prędko zapominają o swoich doświadczeniach, najchętniej negatywnych  (myślenie, że tym razem będzie inaczej, to jest lepiej, jest naszym naturalnym odruchem, któremu często ulegamy);

- forma prezentacji wpływa na podejmowanie ich decyzji, podobnie pierwsze wrażenie (elegancki facet w krawacie na ekranie TVN przekona nas dużo łatwiej niż nieuczesany bloger na Youtube); 

- jednostki kierują się zasadą przyporządkowywania pewnej klasy swych aktywów (pieniędzy) do czegoś, co można by nazwać „przedziałami nakierowanymi na cel”. Brzmi to nieco skomplikowanie, więc wyjaśnię, że chodzi np. o fakt trzymania w domu gotówki „na wszelki wypadek”,  mając przy tym kredyt w banku, lub używanie karty kredytowej przy jednoczesnym ulokowaniu swoich środków na lokacie; tak jedno jaki i drugie co jest oczywiście nierozsądne i szkodliwe dla własnych finansów;

- żal z powodu niewykorzystanej okazji  ujawni się w przyszłości, wpływając przy najbliższej sposobności na podjęcie tym razem „zaległej” decyzji. Innymi słowy, np. ktoś poradził nam kupno akcji, ale zlekceważyliśmy jego radę. Akcje jednak znacznie urosły i czujemy do siebie żal. Następna sugestia czy rada tego typu będzie już przyjęta bez wahania oraz zastrzeżeń.

Wnioski zaprezentowałem odrobinę kolokwialnie i w sporym uproszczeniu, starając się jednak przedstawić to, co najistotniejsze, bo każdy z nich to temat – rzeka. Spróbujmy jeszcze odnieść się do finansów behawioralnych w kilku słowach. Okazują się bowiem one narzędziem wielce użytecznym, oczywiście, należycie wyjaśnione oraz tak samo nagłośnione. Jednak tak póki co nie jest, i chociaż na tematy poszczególnych elementów napisano wiele książek, to efinicje tychże elementów, zaprezentowane przy użyciu mądrych i wymyślnych fraz,  jasno zrozumiałe już nie są. Przeciętny człowiek, napotkawszy na skomplikowaną terminologię,  porzuci czytanie w tzw. przedbiegach.  A tak być  nie powinno. Finanse behawioralne to rzecz niezmiernie ważna dla każdego z nas. jako że  inwestorem jest praktycznie każdy, chce czy nie chce. Ma to miejsce poprzez inwestowanie OFE naszych środków na giełdzie, więc bez naszego udziału, ale także poprzez inwestowanie świadome, czy to poprzez fundusze inwestycyjne, czy to samemu. Emocje zaś to klucz do inwestowania, na czym naprawdę warto chwilę się zatrzymać i przeanalizować własne. Zrozumienie swych błędów w porę, wyeliminowanie ich oraz zastosowanie powyższych zasad w praktyce, pomogłyby wielu z nas uniknąć strat. Piszącemu te słowa, z pewnością.

Jednakże wątek finansów behawioralnych jako rzecz przydatna dla nas to stanowi przerywnik w temacie głównym. Za chwilę wrócimy jeszcze do zastosowań niektórych elementów pośród nich w praktyce, jednak z kompletnie innego punktu widzenia, a przy tym w sposób zupełnie nieoczekiwany. Staniemy przed ich karykaturą.

Powracamy do Plunge Protection Team. Jak wspominaliśmy uprzednio, Reagan 18 marca 1988 podpisał specjalny dekret o jej utworzeniu, a założeniami grupy było „zwiększenie integralności, efektywności oraz konkurencyjności amerykańskich rynków finansowych oraz utrzymania zaufania inwestorów[3]”. W  skład grupy weszli najważniejsi ludzie, decydujący o kształcie finansów USA, tzn. sekretarz skarbu, przewodniczący FED, przewodniczący Amerykańskiej Komisji Papierów oraz przewodniczący Komisji Obrotu Giełdowymi Kontraktami Terminowymi. To istotne, bo pokazuje, że rzecz potraktowano niezmiernie poważnie, podobnie zresztą poważnie brzmiały cele. Odnośny fragment to jednak tzw. typowe bicie piany. Jak się wydaje, zaistniał wyłącznie po to, by przekaz o celowości powołania instytucji nie sprowadził się li tylko do fragmentu o konieczności utrzymania zaufania inwestorów, bo to zabrzmiałoby kompromitująco.  Tak czy tak, wszyscy zainteresowani zrozumieli, o co chodzi. Powinni mieć zaufanie do grupy oraz wiarę, że zrobi wszystko, co w jej  mocy, by nie powtórzył się dzień  9 października 1987 roku.

No dobrze, ale co tak naprawdę owa grupa mogłaby zrobić, jakie działania podjąć  tym celu? Przytoczmy jeden z raportów na ten temat. Otóż mamy m.in. do czynienia z wdrażaniem standardów „dobrych praktyk” dla przemysłu funduszy inwestycyjnych w celu zredukowania ryzyka oraz zabezpieczenia interesów inwestora. Wygląda na to, że spece od rynku także dotąd nie znali zasad inwestowania behawioralnego, bo mamy tu takie hasła jak przejrzystość, ograniczanie ryzyka, zwiększenie roli regulacyjnych oraz zintegrowania rynku, eliminowanie konfliktu interesów.  Mało że powinny być od zwsze oczywiste, to sa równie rozmydlone i pozbawione treści co założenia główne. Zresztą, praktyka jest podobna, jako że napotkanie sytuacji, gdy ktoś spośród osób odpowiedzialnych został ukarany za ewidentne nadużycia w przedmiotowych kwestiach to naprawdę wyjątek.  Konkludując, pada mnóstwo uspokajających inwestora słów,  a działania poprawiające system są znikome. To znaczy, w opinii doświadczonych inwestorów, wygów, którzy zjedli zęby na kupowaniu oraz sprzedawaniu akcji na giełdach, takie działania istnieją, z tym, że z zupełnie innej beczki”. Ale o tym za chwilę.  

 

Rekomendacja oraz analiza są medialne, czyli działasz na własne ryzyko, a twoja strata nikogo nie obchodzi.

Wspomniałem wyżej o jednej, przypadkowej rekomendacji, gdzie działa tu zasada „działasz na własne ryzyko”. Inaczej rzecz ujmując, możemy to przetłumaczyć tak: „my, rekomendujący, piszemy, co nam pasuje, ty możesz na bazie naszych sugestii stracić lub nie, i nam to wisi” Wspominanie elementu ryzyka przywodzi na myśl przysłowiowe unikanie przez diabła święconej wody. Istnieje gdzieś zapisana w tym celu formułka, ale kryje się wstydliwie na samym dole arkusza papieru lub strony internetowej  napisana malutkim, mało czytelnym druczkiem. A przecież gdyby miała obowiązywać uczciwość, to powinna kłuć nas w oczy, będąc pierwszym elementem rekomendacji. Mówimy o rekomendacjach,  ale mamy na myśli także rzesze analityków, wykładających nam  w mediach, co i kiedy powinniśmy kupić.  Bo na giełdzie rośnie, to znaczy, że jest dobrze, a jeżeli spada, to mamy do czynienia z okazją, „bo za chwilę i tak urośnie”  A przy okazji zapewniających nas, że „tym razem będzie inaczej, bo to-czy-tamto  to „zupełnie inna para kaloszy niż kiedyś, więc nie ma obaw, że stracimy na kupnie zainwestowane środki. Oraz prezentujących  wykresy, które mają nieodmiennie nachylenie ku górze, czyli „w długim terminie na giełdzie nie można stracić”. Nie masz środków, by zainwestować? To nie problem. Kredyt na zakup akcji, wystarczy twoje 50 procent, my dołożymy drugie tyle. Ale możesz także zainwestować w instrumenty, na które wystarczą minimalne środki rzędu kilku procent wartości całości.  Kontrakty futures  czyli terminowe, opcje, rynek forex itp… itd. A to wszystko o czym powyżej odbywa się w mediach, jakże,  obiektywnych „do bólu”.  Generalnie, dość osobliwe podejście, a tym samym „zachęta” do stosowania przez nas zasad inwestowania behawioralnego w praktyce. Karykatura finansów behawioralnych jasna jak słońce.

W konekście powyższego warto przytoczyć jedno nazwisko analityka USA, wyjątkowego i stale mylącego się  krętacza, Jima Cramera. Nie przeeszkadza mu to pozostawać guru miedialnym oraz brylować na CNBC, gdzie ma swój program. Oto link z przykładem jego "twórczości" : https://www.cnb... . Sama stacja telewziyjna CNBC zostala zresztą utworzona specjalnie po to, by tlumaczyć ludziom, że "zawsze należy posiadać akcje, perspektywy są doskonałe, a jeżeli ich nie kupisz, stracisz" , co wyraża się niesutatnnym powtarzaniem hasła: "you snooze, you lose", czyli kto późno przychodzi itd... Po ataku na World Trade Center, który wywołał oczywiście panikę na giełdach, i aby ją uspokoić, zawieszono notowania na kilka dni, media prześcigały się w promowaniu hasła "kupno akcji spółki amerykańskiej Twoim obywwatelskim obowiązkiem". Brzmi nieprawdopodobnie, ale taka jest rzeczywistość kraju Wuja Sama, 

Wracamy do naszej grupy chroniącej przed krachem. Skąd się w ogóle wzięła nazwa? Doświadczeni inwestorzy, którzy lata spędzili na rynkach i posiadają nieprzeciętną intuicję, niebawem po ustanowieniu tej instytucji  zauważyli rzeczy zastanawiające. W chwilach krytycznych dla giełd, gdy wydarzenia na giełdach wydają się wymykać spod kontroli i w powietrzu „czuć krach”, ni stąd ni zowąd pojawia się agresywne kupno. Tak było na przykład całkiem niedawno, w poniedziałek 5 lutego tego roku. Indeks Dow Jones zaczął gwałtownie spadać, notując w pewnym momencie największą punktową stratę w historii, prawie 1600 pkt. Wtedy na rynek wkroczył ktoś z ogromnymi pieniędzmi. Nie bał się niczego. Zakupy pozwoliły błyskawicznie odrobić połowę strat, co przywróciło równowagę psychiczną posiadaczom akcji. Zadziwiający jest fakt tak agresywnego kupna w momencie, gdy widać już było objawy paniki, a ta narasta w miarę spadków cen. W takich momentach mówi się, że „inwestorzy trzymają ręce w kieszeniach”, bo podjęcie decyzji o kupnie to teoretycznie szaleństwo. Na tym nie koniec. Popyt pojawiał się w kolejnych dniach na otwarciu giełd, gdy indeksy na wyrażały ochotę na ostry marsz w dół. Podobna sytuacja miała miejsce kilkakrotnie podczas kryzysu finansowego 2007 – 2008, gdzie linie telefoniczne pomiędzy sekretarzem skarbu Henry Paulsonem oraz Wall Street były nagrzane do czerwoności, czego zresztą dowody odkryto. Popyt wydawał się czuwać. Wkraczał, gdy wszyscy już stracili nadzieję.

Ludzie zainteresowani,  czyli przedstawiciele sektora finansowego utrzymują, że to  nieprawda, a PPT to kolejna teoria spiskowa. Twierdzą, że sytuacje gwałtownych, wielkich „odbić” na giełdach to efekt działań normalnych sił rynkowych, to jest podaży i popytu. Jest tanio, to inwestor decyduje się po prostu na  zakupy. Na dowód, że mamy do czynienia z  nieprawdą co do roli PPT przytaczają tezy, że giełdy przecież okresowo spadają, i to  mocno, np. o xxx procent przez xxx czasu.  Oczywiście jest to twierdzenie niezasadne.  Rynek wymaga „wsparcia”  nie wtedy kiedy ceny spadają, nawet dużo oraz przez długi okres czasu, lecz w sytuacjach specyficznych, krytycznych, naprawdę wyjątkowych. Takie są znane doświadczonym graczom, gdy w powietrzu „czuć krach”. Wtedy nawet najwięksi twardziele wolą poczekać z kupnem zgodnie ze starą  giełdową zasadą, że nie należy łapać spadającego noża, bo się można pokaleczyć. Zasada zrozumiała – oznacza: póki spada, nie kupuj. Kiedy zobaczysz, że nóż wbił się, to jest wykresy wykonują zwrot ku górze lub przynajmniej zatrzymują się, można próbować. I tak bywa, gdy w jakimś momencie presja sprzedaż chwilowo ulega popytowi. Wykres ceny zatrzymuje się, po czy wykonuje tik do góry, mały lub większy. Na wykresie świecowym czarny (lub czerwony) kolor zmienia się na biały (lub zielony)  Nóż wbił się, więc część ryzykantów wchodzi na rynek. Jednak za chwilę presja sprzedaży ponownie narasta, i wykres powraca po spadków, a świeczki to poprzednich kolorów. W omawianych sytuacjach było inaczej. Tik nie był tikiem lecz ogromną, podkreślam ogrmoną tzw. białą świecą,. Popyt przeważył nad podażą w ogromnych proporcjach. Ktoś zagrał ewidentnie "pod prąd" trendu, odwracając go gwałtownie. Wymagało to olbrzymich pieniędzy oraz kompletnego braku strachu. Kiedy gra się swoimi środkami, ten strach dominuje. Tu nie istniał, zamiast niego  była brawura. Kiedy tak jest, do gry dochodzi dodatkowy czynnik prowzrostowy, a są nim inwestorzy obstawiający spadki, czyli grający "na krótko", Są po prostu zmuszeni do gwałtownego zamykania pozycji, czyli strach obezwładnia ich. I po kłopocie, bo z kolei strach sprzedających wygasa. Powraca trend wzostowy, oczywiście nie od razu, lecz za jakiś czas. 

Generalnie, wątpliwości i znaki zapytania co do takiej roli PPT przeważają znacząco. I co najistotniejsze, wypowiadają się na ten temat osoby, które zupełnie nie mają w tym interesu, a wprost porzeciwnie  Tak na przykład było w roku 1989, kiedy odezwał się  publicznie Robert Heller, który tyle co opuścił stanowisko członka banku centralnego. Jego wystąpienie zostało opublikowane przez New York Post, a Heller otwarcie twierdził, że Fed ma wręcz obowiązek wpływania na giełdy w sytuacji zagrożenia. Powiedział, że z racji doświadczenia na rynku amerykańskich obligacji, gdzie FED handluje z tytułu ustanego obowiązku, powtórzenie takiej samej praktyki powinno być rzeczą łatwą. [4]

Jak to miałby się odbywać? Rzecz jest prosta. Poprzez nabywanie olbrzymich ilościach  kontraktów terminowych na indeks S&P 500, których rynek jest olbrzymi. A z racji skorelowania wszelkich innych ważnych instrumentów, znajdzie to natychmiastowe odbicie na całym rynku. Bankami, pracującymi na zlecenie grupy miałyby być największe, Goldman Sachs oraz Morgan Stanley, a o sprawie nikt poza prezydentem nie ma prawa wiedzieć. Znawcy rynku przytaczają wiele takich przykładów, pokazującindeksy giełdowe, zachowujące sie kompletnie nienaturalnie, czego przykłd podałem. W książce zostaną one zaprezentowane wraz z komentarzem.

Oczywiście, nikt nigdy takiej praktyki nie udowodnił, co zupełnie nie dziwi. Bo jak niby miałoby się to stać?  Księgi bilansowe FED to zagadka sama w sobie, działania identycznie, a przedstawiciele banku broni się rękami i nogami przed ujawnieniem czegokolwiek nawet przed Senatem, jedyną instytucją, przed którą musi się stawiać. Szef banku, Bernanke, przesłuchiwany przez senatora Bernie Sandersa o to, jakim bankom i na jakich warunkach FED pożyczył 2,3 bln USD, odmówił, powołując się na szkody, jakich banki mogłyby doznać w wyniku ujawnienia tych informacji. Jeśli komuś wydaje się to nieprawdopodobne, przesłuchanie jest dostępne pod adresem https://www.youtube.com/watch?v=dX2qvbznGKM.  Treść takich zachowań to zresztą temat rzeka, a ten artykuł nie jest w stanie objąć go szerzej, co zresztą także znajdzie miejsce w książce. 

Ktoś może zapytać, po co taka grupa miałaby w ogóle istnieć? Jak wiadomo, na amerykańskich giełdach notowane są największe przedsiębiorstwa tego kraju, powszechnie znane i uważane za śmietankę światowej gospodarki. Wystarczy przytoczyć tu takie nazwy jak Apple, Boeing, Caterpillar, Chevron, Cisco, Intel, Merck, Microsoft, Coca Cola Company, IBM czy McDonald’s Corporation. A kondycja giełdowych spółek jest pochodną ich zysków, z tym jest zaś dobrze. Giełdy podlega oczywiście fluktuacjom, są okresy gorsze lub lepsze, ale generalnie co chwilę notują nowe rekordy. Czy jakakolwiek ingerencja w wycenę spółek miałaby sens? FED posiada mechanizm, regulujący gospodarkę przed nadmiernym schłodzeniem koniunktury lub przegrzaniem, a są nim stopy procentowe. Ich zmniejszenie stymuluje rozwój gospodarki, a wzrost sprawia, że ta zwalnia. FED istotnie wpływał bezpośrednio na zachwiana giełd w trudnych chwilach, ale działo się to właśnie poprzez obniżkę stóp procentowych. Czy to nie wystarczy?

Problem w tym, że jednak nie, choć wpływ reakcji rynku na zmianę stóp procentowych jest tak ogromny jak i oczywisty. Rosnące ceny akcji napędzają koniunkturę, spadające mają wpływ odwrotny. Działają tu dwa czynniki. Pierwszy to oczywiście generalny optymizm wynikły z rosnących cen akcji. Dzieje się tak w środowisku, w którym konsument zarabia coraz lepiej, a perspektywy gospodarcze są dobre, zaś te fakty znajdują  odzwierciedlenie we wskaźnikach. Drugi czynnik, wtórny, to tzw. wealth effect, czyli efekt bogactwa, i ten jest najważniejszy. Wzrosty na giełdach to oczywiście generalnie coraz wyższa wycena, czyli  wartość akcji, co znajduje przełożenie na wartość portfela akcji każdego inwestora. Jakkolwiek jest ona teoretyczna lub jak kto woli wirtualna, to ma olbrzymią wartość praktyczną. Powód jest prosty. Każdy posiadacz akcji żyje w przekonaniu, iż w każdej chwili może zamienić swoje akcje  na gotówkę w ilości większej niż wyłożył. Ma więc zysk. Mało tego. Wartość jego portfela stale rośnie, a perspektywy według opinii twórczego grona osób  są dobre. Tworzy to właśnie ów „efekt bogactwa”, który ma wpływ na chęć do wydawania pieniędzy, czy to gotówki, czy w formie zakupów przy użyciu kredytu. Następnie mamy sprzężenie zwrotne, jako że producenci dzięki większym zakupom sprzedają więcej dóbr konsumpcyjnych,  stać ich na wyższe płace, itd... Poważniejsze zakłócenie tego mechanizmu to katastrofa dla wszystkich. Właśnie z tego powodu w USA rządzi byk, symbol nieustannej hossy.

W tym momencie warto zadać pytanie, skąd się wzięły ostatnie bańki  w USA i co sprawiło, że urosły do niebotycznych rozmiarów?

Odpowiadamy – przyczyny są dwie. Pierwsza, mniej ważna, którą nazwałem na nasz użytek „kulturą nieustannej hossy”, a której mechanizmy oraz podstawy do rozsądnego inwestowania (a raczej ich kompletne ignorowanie) są wypadkową zachowań tzw. około rynkowych (rekomendacje, analitycy, opiniotwórcze media itp…) To ta przyczyna napędza, czy jak kto woli, stymuluje zachowania inwestorów na rynku akcji, dzięki czemu ten „woli” rosnąć niż spadać.

Druga i w zasadzie kluczowa, to polityka pieniężna FED, czyli wspomniane zmiany stóp procentowych. I tak na przykład po pęknięciu bańki dot-com w 2000 roku oraz ataku na WTC, ówczesny prezes Fedu, Alan Greenspan, zdecydował się na bezprecedensową serię obniżek stóp procentowych, co miało ponownie ożywić gospodarkę. Stopy procentowe  z 6,5% pod koniec 2000 roku spadły do 1% w czerwcu 2003. Spowodowało to oczywiście zalanie rynku pieniądzem „tanim”, tzn. szukającym okazji do zarobku.  Pieniądz ów skierował się ku nieruchomościom, pompując tam kolejną bańkę – zarówno poprzez większy popyt na nie jak i kredyty „subprime”, czyli udzielane osobom bez zdolności kredytowej. Jako pretekst zastosowano tu także wyimaginowany problem „rasowej nierówności” w udzielaniu kredytów, podniesiony przez amerykański establishment. W ten sposób FED „ratując” gospodarkę przed pęknięciem jednej bańki, doprowadził do napompowania jeszcze większej. Jednakże pojawiły się kłopoty. Powrót do cyklu podwyżek stóp od roku 2003 (inflacja) sprawił, że  kredyty „subprime” przestały byś spłacane, a ceny nieruchomości zaczęły gwałtownie spadać. Chwilę później hipoteczne listy zastawne oraz swapy ryzyka kredytowego, czyli instrumenty pochodne kredytów „subprime”, okazały się bezwartościowe. W  2007 roku nastąpiło apogeum wydarzeń, gdy wielkie instytucje finansowe, mocno zaangażowane w te toksyczne aktywa, stanęły w obliczu bankructwa.  Bańka pękła. Krach ratowano wydrukowaniem przez FED pustych pieniędzy w kwocie ok. 4 bln dolarów, przeznaczając je m.in. na uratowanie bankrutów. Te pieniądze są teraz w obrocie, i to one doprowadziły do kolejnej bańki na giełdzie, która ma miejsce obecnie.

 Dotychczasowe metody obrony są  więc dziś niemożliwe.  A balon w każdej chwili może nie wytrzymac wtłaczanego powietrza i pęknąć z hukiem. Do tej pory można powiedzieć, że pęknięcia były niewielkie i pośpiesznie je naprawiano (obniżki stóp w 2001, drukowanie dolarów w 2008) lae FED oraz rząd wyczerpały już cały dostepny arsenał środków. Dziś tak jedno jak i drugie jest niemożliwe. Stopy procentowe obecnie juz muszą wręcz rosnąć, a drukowanie kolejnych pieniędzy spowoduje to, że wierzyciele nie pojawią się na aukcjach obligacji USA. I tak proces zaangażowwania tychże staje się coraz bardzie widoczny, np. Chiny, największy pożyczkodawca USA, mniejszyły o kilkanaście procent swój portfel obligacji do wartości 1,17 bln w chwili obecnej.

Mało tego. Świat nie chce dłużej dominacji dolara oraz petrodolara, czyli płatności za ropę naftową tą walutą.  nie tylko werbalnie, podejmuje kokretne kroki. Japońska gazeta ekonomiczna „Nikkei" podała niedawno, że  Chiny przygotwoują sie do uruchomiąenia rynku nowych kontraktów terminowych na ropę, kwotowanych w juanach. Tym samym  rola dolara jak światowego środka płatniczego za surowiec staje sie zagrożona. Jak na razie na rynku istnieją dwa kontrakty terminowe na ropę — BRENT i WTI, oba notowane są w dolarach. Ale Chiny "rozdają karty' na tym rynku,będąc największym na świecie importerem ropy, więc nowy kontrak może sporo "namieszać"  w kwestii dolara. Poza tym Rosja już od czerwca tego roku akceptuje juan w charakterze środka płatniczego za dostawy ropy do Chin, a Wenezuela zaczęła ustalać ceny ropy w  gtej walucie. Temat  dolara jako jednego z czterech filarów gospodarki USA (wspomniany w cz. I) jest oczywiście duzo szerszy, tu tylko sygnalizuję dodatkowy problem, przed jakim stoi rząd USA oraz FED.  Poza tym USA co roku zwiększa swoj olbrzymi dług o ok. 1,3 bln USD, a doszedł on już do 20 bln dolarów.  Zreztą, słabnięcie dolara ma miejsce  także w naszym kraju. Konkluzja jest  oczywista  - dalsze drukowanie dolara celem poprawy koniuktrury byłoby krokiem desperackim.

Na giełdach funkcjonuje powiedzenie, że drzewa nie rosną do nieba. Czy sytuacja dziś faktycznie grozi krachem?

Hossa na giełdach USA (oraz światowych, ma się rozumieć) nieprzerwanie od dziesięciu lat, a podczas niej np. indeks S&P 500 urósł z poziomu 667 pkt. do  2873 pkt, czyli przeszło 300 (słownie trzysta) procent. Jako że powszechnie  twierdzi się, iż giełda jest barometrem gospodarki, warto zaprezentować wzrost PKB USA w analogicznym okresie, tj. 2008-2017. Otóż wyniosł on około 30%, czyli był dziesięciokrotnie mniejszy  niż wzrosty indeksów giełdowych. Powszechnie wiadomo, że w długim terminie każdy stan ekonomiczny powraca do wartości przeciętnych, więc tak musi być i tym razem  Zaś giełdy są przegrzane do granic niemożliwości, więc nasz barometr swymi wartościami "wyskoczył przed szereg"  w rejony kompletnie absurdalne, nawet jeśli założyć, że poza bieżącym stanem  gospodarki giełdy antycypują przyszłość. Co do tejże przyszłości, jej kolor to dla inwestorów już nie jest kolorem różówym, lecz krzyczącym barwą jaskrawego płomienia. Czy można mieć więc wątpliwości, że sytuacja jest ekstremalnie niebezpieczna? 

Co więc dalej?

Zostawiajac na boku istnienie (lub nie) owego słynnego PPT, z powyższego pobieżnego przedstawienia mechanizmów  funkcjonowania FED w  kontekście li tylko polityki stóp procentowych, wspieranej zresztą medialnie,  widać jak na dłoni mechanizm, którego FED  oraz rząd USA nie chciały zaprzestać kiedy mogły, a obecnie nie widać drogi wyjścia. Wprowadzono finanse oraz gospodarkę w stan, który bez stymulacji sam sobie nie da już rady. Dochodząc zaś do końca naszych rozważań powracamy do początku, czyli naszego bezpiecznika. Właściwy spełnia swoją funkcję, naprawiany drutem jest pewną gwarancją pożaru. Pytanie, jak długo instalacja będzie w stanie wytrzymać nieprzerwane, hiperboliczne przegrzewanie, czy też przeciążanie systemu. Niektórzy ze znawców gospodarki USA zapytują nie o to, czy wybuchnie pożar, lecz kiedy to nastąpi.   

A co pozostaje nam? Odpowiedź jest krótka. Co by się nie działo, nasze możliwości są mocno ograniczone. Pozostaje nam  jedynie zastosowanie zdrowego rozsądku, czyli finansów behawioralnych. Bo jakby nie było, wybór metod inwestycyjnych oraz robienie przy okazji głupot to zawsze nasz wybór.  

A w razie krachu możemy zawsze liczyć na to, że PPT jednak pojawi sie i kolejny raz uratuje świat. Możemy także schować głowę w piasek, czego jednak nie polecam ;-)

Źródło foto: 
0
2197 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Marek Meissner

Autor artykułu: Marek Meissner

2 (liczba komentarzy)

  1. Niezłe, widać niekonwencjonalne podejście do tematu finansów swiatowych. Rzeczywiscie nudni są ci wszyscy poważni faceci w krawatach lub też i nie ale gadajacy lub piszący takim slangiem, że smiech ogarnia. Niech Pan to robi tak dalej a wyjdzie z tego niezły kawałek. Bardzo podoba mi sie ten dystans i lekkie podejście do tego swiatowego kołowrotka. Ja juz dawno porzuciłem tę zabawe w tzw. inwestora giełdowego, kiedy dostrzegłem że to kopanie się z koniem. Pozdrawiam JK

  2. avatar

    Szanowny Panie, Janie, dziękuję za miły komentarz. Staram się, żeby nudnie nie było, choć będą rzeczy które z nudy wyprowadzą swoją treścią. Poruszymy wszystkie "świete krowy", w tym tych, którzy nic nie mowili, kiedy ludzie masowo się zadlużali we franku po 2 zł. Tak w ogóle, ciekawa wydaje mi się analiza "od spodu"  jak to było z tymi frankami w kontekście rezerwy cząstkowej. Napiszę więcej niebawem.

     

    A co do "kopania się z koniem", określenie dokskonałe a temat jest dobrze znany tym, którzy, kiedy weszły OFE, próbowali grać "na krotko" na kotraktach terminoiwych na WIG 20.Bylem zresztą jednym z nich. OFE nie pozwalały spaść indeksowi za żadną cenę kiedy świat leciał na tzw twarz, a potem w ogóle nie chciało rosnąć, kiedy tam odbijało. Wtedy przestałem się tym bawić. Ciekawe czasy ;-)

     

    z poważaniem Marek Meissner