Godziny które wstrząsnęły moim światem - czyli bal u wampirów

Prześlij dalej:

Pierwsza rozprawa w skierniewickim sądzie karnym to była prawdziwa masakra, kubeł zimnej wody na głowę, albo nawet zderzenie z rozpędzonym pendolino. W ciągu zaledwie kilkunastu minut sędzia Krzysztof Kotynia pozbawił mnie złudzeń, którymi się karmiłem od dziesięcioleci. Światopogląd pracowicie budowany przez całe dotychczasowe życie, z wielkim zaangażowaniem systemu szkolnictwa i TVP, nagle się posypał. Pojęcia takie jak „demokracja”, „państwo prawa”, „prawa człowieka”, „prawa obywatelskie”, „praworządność”, „sprawiedliwość”, „wolność” etc, ukazane zostały mi w zupełnie innym kontekście. Nieopatrznie pozwolono mi zajrzeć za kulisy tego teatru...

Oczywiście, teoretycznie wiedziałem o tych wszystkich niuansach i kulisach, ale człowiek jest tak zbudowany, że pełne zrozumienie swojego położenie jest w stanie osiągnąć dopiero w interakcji z rzeczywistością. Dumać i gadać to sobie można do usr***j śmierci. No chyba, że wymodlimy sobie łaskę od Boga...

Nic dziwnego, że nagle poczułem się jakbym wylądował na balu u wampirów.

Byliście kiedykolwiek na balu u wampirów? To taka imprezka na której wszyscy mają nieskazitelne maniery, są nienagannie ubrani, wypicowani, wyperfumowani i mówią z akcentem na „ą” i „ę”. Wszyscy się znają jakby od lat ze sobą sypiali i są w wyśmienitych nastrojach. Wszyscy zapewniają, że się świetnie bawią, jak to zwykle bywa wśród wyższych sfer. Tylko z tobą coś jest nie tak. Też chcesz się dobrze bawić. Starasz się ze wszystkich sił żeby tak właśnie się stało. Przez moment zaczynasz nawet wierzyć, że Ci się udało. Jednak im bardziej się wysilasz tym bardziej sytuacja się pogarsza. Na początku goście okazują ci swoją wyższość udając, że nie zauważają twojego istnienia. Wiesz, że to nie prawda. Może nie od razu, ale po krótkiej chwili wyczuwasz, że znajdujesz się w centrum uwagi. Zaczynasz dostrzegać, że uczestnicy balu dyskretnie cię obserwują, wymieniają jakieś uwagi na twój temat, że ich zainteresowanie tobą jest dużo większe niż chcieliby to przyznać. Nawet tak znakomitym aktorom trudno je ukryć pod maską absolutnej obojętności.

Bo już rozszyfrowałeś, że to znakomici aktorzy, prawda? Że ta cała wyższa sfera to tylko pic. Już wiesz, że trafiłeś na ten bal w charakterze głównego dania. Od tej chwili najważniejszą rzeczą w twoim życiu staje się pytanie: jak uciec z „balu u wampirów”?

Właśnie tak musiał się czuć Stanisław Mikołajczyk, premier polskiego rządu na wychodźstwie kiedy w lipcu 1944 roku znalazł się w Moskwie. Pięknie opisał jego przygodę Stanisław Cat Mackiewicz w swojej„Historii Polski 1918-45”.

Jak się ucieka z balu u wampirów? Kiedy nie masz przy sobie święconej wody, ni czosnku... ani nawet kałacha z magazynkiem pełnym srebrnych kul, lub osinowych kołków to kaput. Chyba zostaje już tylko kawaleryjska szarża Kozietulskiego? Mikołajczyk na to nie wpadł.

Nade mną na szczęście czuwał mój anioł stróż, który wiele dni wcześniej natchnął mnie bym poczynił pewne zabezpieczenia, o których szczegółowo napisałem w notce pt: „Państwo prawa nie istnieje” http://godnoscojca.salon24.pl/672336,panstwo-prawa-nie-istnieje

Zapraszając panie dziennikarki w charakterze publiczności na „ten bal” do końca nie zdawałem sobie sprawy przed czym właściwie się zabezpieczam. Kiedy opuściłem salę rozpraw już wiedziałem. Owe panie dziennikarki dopadły mnie zaraz potem i zaczęły domagać się wyjaśnień. Zdumienie ich wzbudziła zwłaszcza nagła poprawa mojego nastroju. Jakże to tak? Facet zamiast dostać apopleksji, albo zapaści nerwowej po takiej klęsce, ni stąd ni zowąd wyluzowuje się i spokojnie udziela rzeczowych odpowiedzi.

Ech dziewczyny... Gdybyście przyszły wcześniej to same byście to zobaczyły. Zadumałem się. No tak, ale przecież to właśnie ich przybycie stało się przyczyną, że kulisy znów się zawarły i cały ten spektakl wrócił w koleiny tzw normalności.

Plonem owych moich wywiadów był artykuł, który kilka dni później ukazał się w lokalnym tygodniku „Głos Skierniewic”. Zacytowałem go w notce pt: „Szkoła manipulacji na przykładzie tekstu pani redaktor ANW” http://godnoscojca.salon24.pl/667073,szkola-manipulacji-na-przykladzie-tekstu-pani-redaktor-anw

Krótko po ukazaniu się tej publikacji zadzwonił do mnie dziwny człowiek. Kiedy zapytałem skąd ma mój numer, powołał się na panią redaktor Annę Wójcik Brzezińską. Nie dałem mu wiary. Rasowa dziennikarka nie sprzedałby przecież do mnie kontaktu zupełnie obcej osobie bez wyraźnego upoważnienia? No chyba, że dobrze znała tego człowieka i gotowa była ręczyć za jego wiarygodność i intencje... Postanowiłem później to sprawdzić. Tymczasem rozmówca z przejęciem zasypywał mnie całym mnóstwem rewelacji, z których każda mogłaby być newsem na pierwsze strony gazet, nie tylko lokalnych. Jego opowieści dotyczyły głównie rozmaitych „zbrodni”, w których rzekomo „maczała palce” pani dyrektor skierniewickiego MOPR-u. Pan opowiadał te swoje rewelacje z takim przejęciem, że trudno mu było nie uwierzyć. Zwłaszcza, że co i rusz zapewniał, że na wszystko ma niezbite dowody i autentyczne papiery, a nawet świadków, którzy co prawda jeszcze się boją, trochę... ale jakby tak dodać im odwagi to wyrzygają wszystko. Zapytałem dlaczego z tymi rewelacjami zwraca się akurat do mnie? Nakręcił coś mętnie. Zrozumiałem z tego tyle, że na podstawie ostatniej publikacji pani ANW w Głosie” zidentyfikował mnie jako jakiegoś opatrznościowego bohatera, który do skierniewickiego grajdoła właśnie wjechał na białym koniu z zamiarem rozwalenie i uporządkowania wszystkich śmierdzących układów, które wypączkowały tu przez dziesięciolecia. No i że on chce do mnie się przyłączyć. Trochę mnie to rozbawiło. Zapytałem go dlaczego nie idzie z tym do prokuratury? Pytanie było retoryczne ale facet się żachnął. A więc nie miał poczucia humoru. Wyjaśniłem mu, że jestem tylko ofiarą przestępstwa a nie jakimś prokuratorem, czy trybunem ludowym i że nie mam sił ani środków na angażowanie się w prywatne śledztwa. Czy tam nie daj Boże, wojenki... On jednak koniecznie chciał się umówić ze mną już dziś, zaraz, teraz i pokazać mi te wszystkie niezbite papiery. Siedziałem akurat w pociągu z rodziną, a w planie mieliśmy spędzenie całego dnia w ogrodzie zoologicznym, więc zaproponowałem spotkanie w późniejszym terminie. Zgodził się z wyraźna niechęcią.

Na umówiony termin niestety się nie zgłosił. Uznałem więc, że to była klasyczna prowokacja.

Na którymś z następnych terminów w kuluarach skierniewickiego sądu zagadnąłem panią redaktor Annę Wójcik Brzezińską o tego informatora. Skrzywiła się, nie chciała na ten temat rozmawiać. Potwierdziła tylko, aczkolwiek niechętnie, że był u niej taki facet i że rzeczywiście dała mu mój numer telefonu.

Od tamtego czasu coraz bardziej zadziwia mnie fakt, że żadna z rewelacji podawanych przez tego człowieka nie przebiła się na łamy „Głosu Skierniewic”, ani gdziekolwiek indziej.

Przecież dla rasowego dziennikarza ten facet to byłaby żyła złota!

0
4123 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Lech G

Autor artykułu: Lech G