Polityka



share

Jesteśmy po wyborach samorządowych i pozwalam sobie na takie stwierdzenie przed II turą, która nic wielkiego do układu politycznych sił nie wniesie. Nie będę katował siebie i Czytelników wykresami, tabelami i mapami, ani też przekonywał, że dwa plus dwa jest cztery. Kto przyjmuje do wiadomości, że powiększenie elektoratu o dwa miliony, przy rekordowej frekwencji, co miało PiS zabić, jest politycznym sukcesem, ten wie o czym piszę. Kto się bawi w zaklinanie rzeczywistości, ten pozostanie w swoim świecie.



share

Na prawicy syndrom sztokholmski wcześniej, czy później, ale zawsze się ujawnia. Lewicowy bełkot o łączeniu Polaków, który jest niczym innym tylko zamordyzmem na wzór „frontu narodowego”, to chyba najczęściej powielane pobożne życzenie. Kompletnie tej paranoi nie rozumiem, bo jak świat światem ludzie się różnili nawet tam, gdzie zgadzali się co do sedna rzeczy. Na czym ma polegać fenomen, który nakazuje maszerować w rytm jednego bębenka i pod dyktando naiwnej idei wspólnoty ponad podziałami, nie wiem i nie chcę wiedzieć. Jest to kompletna bzdura kolportowana przez ludzi nie mających bladego pojęcia, jak funkcjonują społeczności, a zwłaszcza taka skala społeczności, jak naród.



share

Prawie wszyscy znają te zacne postaci, ale dla porządku przypomnę, że od lewej stoją: prezydent Rosji Władimir Władimirowicz Putin, kanclerz Niemiec Angela Merkel (panieńskie i enerdowskie Kasner), prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan, prezydent Francji Emmanuel Macron. Cała czwórka łapie się za rączki, jak w przedszkolu i zdaje się doskonale w tym czworokącie dogadywać. Ostatni od lewej, prezydent Francji w tych dniach uczył Polski demokracji, a jedyna kobieta w całym gronie, kanclerz Niemiec, odpowiada za wszystkie akcje Komisji Europejskiej i wyroki TSUE, które porównują Polskę do… Rosji putinowskiej i Turcji Erdoğana.

Strony