budowa



share

Bardzo przepraszam i to od razu za dwie rzeczy. Nastrój mam tak podły, że mogę niepostrzeżenie zagryźć, a po drugie tytuł trochę daje grafomanią. Jedno nałożyło się na drugie i sam jestem ciekaw, co z tego wyjdzie. Pierwszy raz od dłuższego czasu wybrałem się w Polskę i to nie był wybór, ale przymus. W szczegóły nie wchodzę, bo jak napiszę, że usiłowałem kupić jakiś samochód, to każdy człowiek, który choć raz w życiu przeczytał pół książki i potrafi rozwiązać równanie z jedną niewiadomą, wie doskonale czym to pachnie i pewnie teraz wydaje się z siebie charakterystyczne sssss. Po wielu przygodach trafiłem do Wrocławia, trasą zwykłą, nie autostradą. Pierwsza dzielnica Wrocławia od tej strony nazywa się Leśnica i klimatem przypomina wczesne lata 90-te. Był tam kiedyś taki bazarek, jakich tysiące w Polsce było. Pewnego pięknego dnia „liberalne” władze stolicy Dolnego Śląska stwierdziły, że to fatalna wizytówka miasta i nakazały handlowcom się ucywilizować.



share

Dylemat moralny mną trząsł, gdy usiadłem przed monitorem, ale zniosłem niepokojące zjawisko jednym argumentem, który jest jednocześnie sednem, tego co zamierzam napisać. Nie wiem, czy to coś da, ale głośno i wyraźnie powtórzę, że dłużej tak się nie da, chociaż tyle warto zrozumieć. Zanim cokolwiek się zaczęło, już pojawiła się soczewka, która potem skupiła się w pigułce. Wszystko co nas gubiło od wieków i jeszcze długo gubić będzie, nie tyle dało się zauważyć, co się rzucało na oczy i pozostałe zmysły. Nie padł pierwszy gong, gdy w klasycznie polskim stylu naród poczuł moralną przewagę, bo o to Polak, katolik, lżejszy, niższy i pono szybszy, rusza do boju z gigantem. Dość było popatrzeć na bokserski rytuał, w czasie którego przeciwnicy wygrażają sobie spojrzeniem, aby wiedzieć, że nie może się udać.



share

Zauważyłem homilijny ton na portal, a jak wiadomo zazdrosnym bywam nieludzko, dlatego dołączam do szeregu, odnajdując w nim swoje miejsce. Przypowieść sobie umyśliłem, taką na wzór i podobieństwo roztropnych panien, które zastąpię jednym właścicielem altanki i dwoma sąsiadami. Pewnego razu za jedną górą i dwoma strumykami, żył sobie po bożemu jeden właściciel altanki, który miał dwóch sąsiadów. Jeden sąsiad był nad wyraz dyplomatycznie usposobiony, kulturą bił po oczach, troską zdawał się być chodzącą. Sąsiad ów dalej zwany Miłkiem, wszystko miał akuratne, przynajmniej tak było widać na zewnątrz. Przed domkiem zawsze pozamiatane, w samochodzie świeży Ambi Pur new car, z żoną pod rękę i tylko z „kochanie” na ustach się pojawiało.