dzieci



share

Historia poniższa to autentyk. Autor w niej uczestniczył.

1989 rok.

Afryka.

Douala w Kamerunie. Największy port w regionie.

Południe. Wielkie, afrykańskie muchy ogłuszone upałem padają łupem nieruchomo czyhających na darmowy żer wszędobylskich jaszczurek.

Przy kei, wśród wszędobylskich śmieci, zacumowany czarny kadłub statku. Wielki biały napis głosi przynależność do ostatniej prywatnej, francuskiej firmy żeglugowej a biała zębatka na kominie, rozpoznawana w całej Centralnej Afryce oznacza dostawę z Europy kolejnej partii samochodowych wraków, francuskiego, pozaklasowego jęczmienia dla miejscowego browaru oraz dotowanego przez eurokołchoz cukru w workach.



share

Kompletnie mnie nie zajmuje los biednych dzieci w Mozambiku, Gwatemali i z brazylijskich faweli (slumsy). Wstaję rano, piję kawę, jem śniadanie i myślę co będę robił za chwilę. Nie chce mi się umyć zębów, drapie się po tyłku i powiewa mi to, że dzieci w Afryce nie mają co jeść. Siłą obojętności ciągnę do obiadu i znów zalewają mnie poważne dylematy. Wypadałoby pozmywać naczynia, ale czy nie lepiej wyłożyć sobie nóżki na pufie i poczytać co tam słychać w Internecie? I tak do kolacji błąkam się tu i tam bez żadnej refleksji nad ciężkim losem kalek, którym urwało nogi na azjatyckich polach minowych. Do północy gapię się w telewizor, pocieram prawą dłonią prawe ucho, piję wodę niegazowaną prosto z butelki i bez najmniejszego wyrzutu kładę się sapać. Wstaję rano, jem śniadanie…



share

Bardzo mi przykro, z kilku powodów na raz. Po pierwsze wczoraj wkleiłem tekst sprzed kilku lat, a datę publikacji zmieniłem dlatego, że algorytm portalu nie umieści na stronie głównej tekstu, który ma kilka lat. Po drugie, przykro mi, że musiałem wkleić stary tekst, ale po prostu nie mam nic do dodania, a i też przemóc się nie potrafiłem, aby 1000 raz pisać o tym samym. W końcu przykro mi i przepraszam po raz trzeci, że dziś znów tekst o Owsiaku, bo zgadzam się ze wszystkimi, którzy mają dość i co więcej staję na ich czele.

Strony