ksiądz



Uwielbiam obserwować pożary w burdelach, bo to prawdziwa kopalnia skarbów dla socjologa. Przyglądam się zjawisku z naukową pasją, chociaż socjolog ze mnie jak z „uchodźcy” uchodźca. Około godziny 12.00 wybuchł nowy pożar, a właściwie pożar jest stary, tylko ognisko nowe. Wypłynęły kolejne, dotąd nieznane nagrania z „Sowy&Przyjaciół”. Skład imprezujących kolesiów robi wrażenie, pomimo tego, że znów Tuskowi się upiekło. Z troską nad losem umęczonej Ojczyzny, przy carpaccio z żubra i Porto za 1500 zł, pochylili się następujący nowocześni patrioci: Włodzimierz Karpiński - minister skarbu państwa; Marian Janicki, były szef BOR; Paweł Graś - pierwszy sekretarz PO, minister w kancelarii premiera; Jerzy Mazgaj „biznesmen” i … „Ksiądz” Kazimierz Sowa.



share

Ze wsi jestem i chwalę się tym pochodzeniem cyklicznie, jak również dzielę się ulubionymi wiejskimi frazeologiami. „Co te wariaty już wyprawiają, to głowa boli”. Tak się mówi na wsi, gdy się widzi wariatów produkujących sensacje na kolanie. Tysiąc rzeczy ważny i poważnych leży odłogiem, z kneblem na ustach, a „wariaty” analizują księdza z pianką i bez pianki. Bardzo słusznie będą się mnie czepiali Czytelnicy, że sam cztery litery zawracam, ale proszę mi odpuścić, bo chciałbym w dobrej sprawie zająć się głupim tematem. Tak sobie pomyślałem, że warto się podzielić spostrzeżeniami, które być może gdzieś w tym idiotyzmie umknęły. Zjawisko „fali”, „kocenia”, czy innych inicjacji jest tak stare, że najstarsi sinobrodzi i kuternogi pękliby ze śmiechu widząc biegających pajacyków po salezjańskiej szkole.