O sprawiedliwości i prawie - Obrazki z ostatniej rozprawy

Prześlij dalej:

W hallu skierniewickiego sądu już czekał na mnie adwokat. Uśmiechnął się i zainteresował moim samopoczuciem. Kiedy zobaczył, że jestem w dobrej kondycji zapytał czy wykonałem w końcu nakaz sądu do stawienia się w Zgierzu na badaniach psychiatrycznych. Kiedy potwierdziłem że tak, spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Jakby się zdziwił, i docenił nagle fakt, że w ogóle mnie widzi. Natychmiast wyraził entuzjastyczne zadowolenie i z niecierpliwością począł wypytywać o szczegóły, na które reagował coraz większym zdumieniem. No to za chwilę czekają nas niezłe jaja - skomentował podekscytowany. Uśmiechnąłem się potwierdzająco, choć nie byłem pewien czy mamy to samo na myśli. Moje opowiadanie przerwał woźny, wezwaniem na rozprawę.
Weszliśmy na salę. Przed nami wśliznęli się przedstawiciele MOPRu, Justyna Gajewska i Jarosław Rosłon. Byli jacyś nieswoi ale pewni swego. Zwłaszcza funkcjonariusz Rosłon, jak zawsze miał przyklejony do twarzy infantylny uśmieszek, który w jego mniemaniu miał być zapewne rodzajem kamuflażu ukrywającego prawdziwe emocje. Rozejrzałem się w poszukiwaniu pani redaktor Anny Wójcik Brzezińskiej, do której systematycznej obecności zdążyłem się już przyzwyczaić. Kiedyś, ze dwa lata temu, jeszcze na początku tej farsy, jej obecność na rozprawach dodawała mi nawet otuchy. Uważałem ją za autentycznego przedstawiciela opinii publicznej, strażnika i w jakimś stopniu nawet gwaranta obiektywizmu sądu, a może i za życzliwego mojej sprawie, tak po ludzku, zwyczajnie, człowieka. Po licznych ekscesach, które już wcześniej opisałem i tych których jeszcze nie zdążyłem opisać, przestałem ją uważać za osobę godną zaufania. Nie wiem jakiemu diabłu ona służy, ale mam pewność, że jakiemuś na pewno.
Ledwo zajęliśmy miejsca na sali, a już sędzia Kotynia nas wyprosił, wyjaśniając poirytowanym głosem i chaotyczną gestykulacją, iż z uwagi na fakt nieusprawiedliwionej nieobecności prokuratora, zmuszony jest ogłosić przerwę potrzebną na wysłanie do prokuratury gońca w celu przypomnienia prokuratorom o obowiązku uczestnictwa w rozprawie. Przeprosił nas też za to, że nie jest w stanie określić czasu potrzebnego na przeprowadzenie całej tej operacji. Trudno - rzekł rozkładając ręce - będziemy czekać do skutku...
W owej przerwie zdążyłem opowiedzieć mojemu adwokatowi najważniejsze szczegóły przebiegu, wymuszonej przez sąd wycieczki do Szpitala Psychiatrycznego w Zgierzu i z powrotem. Opisałem je we wcześniejszych artykułach więc nie będę tu się powtarzał. (zainteresowanych zapraszam tu: http://niepopra... http://niepopra... )
Kiedy kończyłem swą opowieść, w okolicy bramki wykrywacza metali dał się słyszeć szum towarzyszący przybyciu pani prokurator, która już lekkim truchtem zmierzała w kierunku sali rozpraw, układając przy tym pospiesznie na sobie fałdy niesfornej togi. Mój adwokat skłonił się z szacuneczkiem w kierunku kobiety, ale ona zniknęła tymczasem za drzwiami królestwa Sędziego Krzysztofa Kotyni.
Wkrótce wezwano i nas do tego królestwa. Po dokonaniu rutynowych czynności proceduralnych sędzia zrobił dłuższą pauzę. Wynikała ona raczej z niezdecydowania, które miał wypisane na twarzy, niż jakichś reżyserskich zamierzeń teatralnych. Tym niemniej salę zaległa cisza coraz bardziej podniosła i mimowolnie uroczysta w miarę upływu czasu, którą zakłócał jedynie niedokładnie tłumiony chichot mojego adwokata.
Na podstawie takiego to, a takiego artykułu, czy tam paragrafu - sędzia począł dukać monotonnie, ledwosłyszalnym głosem - sąd postanowił unieważnić (czy tam uchylić - już nie pamiętam) postanowienie z dnia takiego to, a takiego, o poddaniu oskarżonego przymusowemu badaniu psychiatrycznemu. Tu mój adwokat się poruszył odsłaniając w końcu swe oblicze i z niedowierzaniem rozejrzał się po twarzach postaci obecnych na sali, kończąc na mojej. Tak unieważnił - skinąłem potwierdzająco głową.
Tymczasem sędzia zapytał czy ktoś chce jeszcze wnieść jakieś wyjaśnienia bądź wnioski dowodowe. Pani prokurator pokręciła głową że nie, mój adwokat również oświadczył, że nie ma nic do dodania. Na co wstałem ja i oświadczyłem, że chciałbym złożyć pismo, po czym podszedłem i podałem sędziemu wniosek o wyłączenie sędziego Krzysztofa Kotyni z rozpoznania sprawy. Treść wniosku opublikowałem w poprzednim odcinku więc każdy może go sobie przeczytać. Był to już drugi wniosek tego rodzaju, który dotyczył sędziego Krzysztofa Kotyni w tej sprawie. Pierwszy złożyłem ponad pół roku wcześniej i został on odrzucony.
Twarz sędziego zzieleniała. Wszyscy obecni na sali uczestnicy poczęli wzajem sobie przesyłać pytające spojrzenia. W końcu sędzia przerwał czytanie i jeszcze cichszym, starannie kontrolowanym głosem, zaspokoił ich ciekawość -Jest to wniosek o wyłączenie sędziego.
Westchnął ciężko nad tym wnioskiem, przerwał rozprawę i poprosił wszystkich o opuszczenie sali.
Pani prokurator była zaskoczona, a po chwili chyba nawet rozbawiona takim obrotem sprawy. Natychmiast zrzuciła z siebie togę i ruszyła w kierunku wyjścia z sądu. Wymijając mnie uśmiechnęła się nawet, a ja uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy od ponad 2 lat ktokolwiek z Prokuratury Rejonowej w Skierniewicach pokazał, że odróżnia mnie od powietrza. Nie byłem pewien czy to dobrze, czy źle.
Spakowałem się i zamierzałem za jej przykładem również udać się do domu. Wcześniej jednak należało zamienić parę słów z adwokatem, ustalić dalsze posunięcia i zapytać dlaczego sędzia nie wyznaczył terminu następnej rozprawy. Adwokat wyprowadził mnie z błędu, wyjaśnił, że to jeszcze nie koniec, że najprawdopodobniej sędzia w tej chwili biega po sądzie i szuka jakiegoś wolnego kolegi sędziego, który by odrzucił mój wniosek. Na wszelki wypadek kazał mi zaczekać pod salą a sam gdzieś zniknął. No i rzeczywiście po chwili zostaliśmy wezwani na rozprawę. Na miejscu sędziego już siedziała nieznana mi kobieta. Była ubrana w sędziowską togę, więc się domyśliłem, że to jej przypadło niewdzięczne zadanie obalenia mojego wniosku. I tak się zachowywała, to znaczy parła jak buldożer po nieznanym gruncie. W międzyczasie przybył mój adwokat i pani prokurator. Zostały więc spełnione formalne przesłanki by rozprawa mogła zostać otwarta. Wszystko to trwało kilka, najwyżej kilkanaście minut i nie sądzę by ktokolwiek w tym czasie był w stanie zapoznać się z treścią mojego dwustronicowego przecież wniosku wraz z uzasadnieniem. Tym niemniej pani sędzia nie traciła czasu i natychmiast ogłosiła jego odrzucenie. Jako powód podała, że przecież już jeden wniosek w sprawie wyłączenia sędziego Krzysztofa Kotyni składałem i właściwie w tym drugim wniosku niczego nowego nie podniosłem. Jak to niczego nowego nie podniosłem? - wrzasnęło w moje duszy poczucie bezgranicznej krzywdy.
A ponadto złożyłem go za późno gdyż przepis mówi wyraźnie, iż wnioski o wyłączenie sędziego należy składać niezwłocznie po zaistnieniu przyczyny, a tu jest wyraźny, kilkudniowy poślizg pomiędzy datą sporządzenia pisma a datą jego złożenia...
Kiedy zostałem dopuszczony do głosu wyjaśniłem iż mój obecny wniosek odnosi się wyłącznie do treści i formy postanowienia o uchyleniu względem mojej osoby nakazu aresztowania. Nakaz ten został wydany wiele miesięcy po moim pierwszym wniosku o odsunięcie sędziego od rozpatrywania sprawy, więc z oczywistych względów pierwszy wniosek nie mógł zawierać żadnych odniesień do treści i uzasadnienia tegoż nakazu ani postanowienia o jego uchyleniu.
Jeżeli zaś idzie o terminy i tzw "niezwłoczność" to przepisy nie precyzują ile konkretnie czasu ma oskarżony na przygotowanie takiego pisma, ale wnioskując z ogólnie przyjętych norm i obyczajów w naszym kręgu cywilizacyjnym powinien to być okres analogiczny przynajmniej do czasu ustalonego dla doręczania korespondencji, czyli 14 dni.
Pani sędzina wysłuchała mnie z wyraźnym zniecierpliwieniem, a raczej w ogóle mnie nie słuchała.
Kiedy skończyłem, jeszcze raz z kamienną twarzą powtórzyła swoje poprzednie argumenty, po czym zakończyła rozprawę.
"A u nas wsio łuczsze baliet, w kasmos palioty i hakeisty" - zrozumiałem. Po chwili wrócił na salę Krzysztof Kotynia, zamknął rozprawę i zarządził mowy końcowe. Pamiętałem dokładnie kiedy rok wcześniej sędzia również zamknął rozprawę i jak dziś zarządził mowy końcowe, a po wysłuchaniu owych mów, zamiast wydać wyrok, ku zaskoczeniu wszystkich, jak gdyby nigdy nic wznowił proces. Po czym wydał nakaz poddania mnie badaniom psychiatrycznym. A co! Przecież wolno mu. Ziemia mi się usunęła wtedy spod nóg. Perspektywa pogrzebania żywcem w jakimś, zatęchłym i zapomnianym przez Boga i ludzi, psychiatryku odbierała chęć życia. Jedyna iskierka nadziei jaka się tliła wówczas na dalekim horyzoncie to przekonanie, że jeżeli uda mi się dotrwać do zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w jesiennych wyborach 2015.r. to przeżyję. Tego wszyscy się chwyciliśmy... O to prosiliśmy Matkę Najświętszą w naszych modlitwach.
Długą drogę przez mękę przebyliśmy wraz z rodziną przez ten rok. Najgorszemu wrogowi tego doświadczenia nie życzę.
CDN

0
1742 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Lech G

Autor artykułu: Lech G