Okładka GPC? Pali się, bo gwałcą!

Prześlij dalej:

Sam fakt, że od dłuższego czasu istnieje coś w rodzaju rankingu okładek przecina wszelkie wątpliwości i rozważania, czemu produkcja kontrowersyjnych grafik służy. Zawsze i wszędzie takie zabiegi mają na celu przykucie uwagi czytelników, reklamodawców i opinii publicznej, mówiąc wprost robi się to dla kasy. Nawet jeśli na kolegium redakcyjnym naczelny otwartym tekstem nie powie, że to czy tamto podniesie nam nakład, pewne rzeczy są odczytywane bez zbędnych wyjaśnień. Nie inaczej jest w przypadku okładki GPC, którą umieściłem jako ilustrację do felietonu. Twórcy tego projekty musieli mieć świadomość tego, co robią, tym bardziej, że wielkiej wyobraźni i przenikliwości nie potrzeba, aby zdać sobie sprawę z nieuchronnego odzewu. Obawiam się jednak, że wydawca GPC może czuć się niemile rozczarowany. Okładka nie zrobiła wielkiego zamieszania, co więcej jeśli już kogoś oburzyła, to raczej prawą stronę sceny politycznej, czyli potencjalnych czytelników GPC. Ludzie się zniesmaczyli porównaniem historii polskiej matki, której niemiecki jugendamt odebrał narodzone dziecko, do zbrodni ludobójstwa w Auschwitz. W takich przypadkach myślenie z reguły przebiega w sposób liniowy, to znaczy z dwoma możliwymi wariantami do wyboru. Jedni twierdzą, że to skandal i nieprzyzwoitość, drudzy, że zwraca się uwagę na istotny problem. Innych ocen albo nie ma albo ciężko je wydłubać w nawale rytualnych opinii. Za myśleniem liniowym nie przepadam, dlatego odrobinę skomplikuję rzecz i przedstawię wątki pomijane. GPC nie załapała się na szum medialny, ponieważ nie wzięła pod uwagę czynników, które zredukowały zamierzony efekt.

Takich okładek mieliśmy już setki, jeśli nie tysiące, argument „ad Hitlerum” to chyba jedna z ulubionych figur retorycznych stosowanych powszechnie, nawet w dyskusjach o wdziękach Maryni. Ponadto większość Polaków żyje urlopami i Igrzyskami Olimpijskimi, co dodatkowo wpływa na marazm sezonu ogórkowego. W końcu jest jeszcze jedna poważna, jeśli nie najważniejsza przyczyna porażki GPC. Podjęty temat należy to wyjątkowo niewygodnych dla bezpośrednio zainteresowanych. Polskojęzyczne koncerny medialne i ten nieszczęsny „salon”, nie podjęły polemiki, ponieważ jugendamt jest zjawiskiem, którego i Unia Europejska nie toleruje. Z jakiego powodu? Poniekąd mamy tu nawiązanie do „tradycji niemieckiej”, bo chodzi o nic innego tylko o praktyki skrajnie nacjonalistyczne. Dziecko urodzone w Niemczech natychmiast jest uznawane za własność Niemiec i od tej reguły nie ma wyjątków. Jugendamty mogą podjąć dowolną decyzję, co do losów dziecka, pod byle pretekstem i tak też czynią. Trudno zaleźć jakiekolwiek argumenty w obronie jugendamtów, znacznie łatwiej załatwić problem inną techniką medialną – milczymy na temat. Wskazane okoliczności składają się na alibi GPC. Z pełną świadomością, że produkcja takiej, a nie innej okładki, miała przykuć uwagę i podnieść zyski ze sprzedaży gazety, nie rozdzieram szat nad treścią i formą grafiki.

Za całkowicie nieprzyzwoite i prostackie należy uznać używanie tego typu zabiegów do celów marnych i pospolitych. W tym konkretnym przypadku GPC zwraca uwagę na problem dramatyczny, który z jednej strony jest konsekwentnie przemilczany, z drugiej każde nagłośnienie jest wyciszane. Ekscytowanie się, że znów ktoś porównał coś do Auschwitz wydaje mi się zajęciem jałowym, żeby nie powiedzieć kołtuńskim. Jaka to nowość? Jako to oryginalność? Jakie to przekroczenie granic? Znacznie bardziej bulwersujące jest to, że pomimo zastosowanych zabiegów ze strony GPC nacjonalistyczne praktyki jugendamtów w najmniejszym stopniu nie zostały wyeksponowane.

Jeśli dzieci za drutem kolczastym obozu koncentracyjnego i porównanie obecnej polityki „rodzinnej” Niemiec do III Rzeszy, nie powodują większego odzewu w Polsce i w Niemczech, to trudno o bardziej precyzyjne pokazanie skali problemu. GPC pośliznęła się na swojej okładce, nie sprowokowała dyskusji, prawdopodobnie nie sprzedała też więcej egzemplarzy niż zwykle. Kto ma ochotę niech się wyżywa na wydawcy, ale mnie to w ogóle nie bawi z powodów, które wymieniłem. Pośród wszystkich mało ambitnych i etycznych pobudek widzę w działaniu GPC jedną olbrzymią wartość – pokazali, że w tej sprawie trzeba nieustannie krzyczeć: „Pali się!”, chociaż tak naprawdę gwałcą.

6
14235 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

14 (liczba komentarzy)

  1. z państwem niemieckim. To co my odbieramy jako patologie samowoli biurokratycznej, jest po prostu
    planowym działaniem władz, żbye z mety zintegrować uchodźców z niemcami, tak to jest germanizacja. Nie ma miejsca na tolerancję, nie zaprasza się uchodźców do studia TV "jak nas widzicie, czy jesteśmy wobec was tolerancyjni, jesteście w niemczech a nie u siebie". Dlatego nie ma mniejszości polskiej w niemczech, w szkole i DOMU nie wolno mówić po polsku.

    26 sierpnia Makrela przylatuje do Warszawy. Przyleci z porwanym dzieckiem, czy spotka entuzjastyczne tłumy, machające laleczkami-niemowlakami? Ewentualnie nada Szydło niemieckie obywatelstwo i wciągnie ją do samolotu?

  2. avatar

    a @--->knockout
    mogłoby byc postawione takie ultimatum..ale..nie będzie..a cesarzowa przyleci nam przedstawic stanowisko takie jakie mamy my jako Polska ustami PAD-a przedstawic na ukrainie?czy chce sie dowiedzieć "o czym była rozmowa"..(tak z głupia frant pytam bo nie znam dokładnie daty rocznicy "dnia niepodległości"..z resztą..co my mozemy zrobić??)

  3. avatar

    szkoda, że w ten sposób integruje się tylko polskie dzieci a nie Turków czy innych imigrantów , którzy wszelkie integracje maja w doopie, łącznie z niemieckim prawem. To niemcy są integrowani z szariatem.

  4. Nie mamy szczęścia do tytułów prasowych. Tępactwo zawsze jest górą.
    Pozostaje internet z wybranymi i sprawdzonymi linkami.

  5. - Nie z automatu, a tylko w przypadku gdy matka dziecka przebywa w niemczech ponad 6 lat.

    - ok. 250 000 najmłodszych dzieci, odizolowanych od rodziców w niemieckich obozach, zostało skierowanych do zniemczenia via. Jugendamt, takie jest przesłanie tej okładki.

    Pzdr.

  6. Dodaj proszę jeszcze przynajmniej ze cztery powody jakie towarzyszyły zabieraniu polskich dzieci z ulic przez III Rzeszę.Pomiń "zniemczenie" bo to efeky wtórny.

    Potównywanie zaś dzisiejszych działań jugendamtu do tamtych czasów uważam za idiotyzm,w wielu ptzypadkach dzisiejsza Polska wraz z nie rzadko medialnie napędzanymi fobiami bywa bardziej ostracystyczna niż okrzyczany jugendamt.Różnica jest taka: w Polsce merdia pokazują ekstremalne przypadki napędzając przy okazjii społeczne fobie.w Niemczech to swego rodzaju normalna ochrona obywatela.A bzdury z zakazem używania języka polskiego(bądź innego) w domu można włożyć mięszy bajki

  7. Nie tylko Polakom. Problem jest tak nabrzmiały, że rodzice-obcokrajowcy zgłosili ten problem do Komisji Petycji parlamentu UE, gdzie zeznawali także Francuzi, Włosi, Hiszpanie. Jegendamt stosuje takie praktyki szczególnie wtedy, gdy jedno z rodziców jest Niemcem, lub gdy rodzina jest pod nadzorem Jugendamtu.

    Tu jest opis sprawy sądowej, w której niemieckie sądy potwierdzają, że zakaz mówienia z dziećmi po polsku jest dla dzieci dobry!!!:  http://www.bibu...

    O Jugendamcie wypowiadał sie także jego długoletni pracownik, Niemiec, który porzucił tę pracę po 12 latach, bo "nie był w stanie dłużej patrzeć na cierpienie dzieci odbieranych rodzicom, często bez istotnego powodu. Uwe Kierchner powiedział, że bardzo chętnie zabiera się polskie dzieci, zabiega o nie wiele rodzin zastępczych. Celem takie adopcji jest jego zdaniem germanizacja. Ale  przede wszystkim to biznes dla nowych „rodziców”, za każde dziecko dostają 1000 euro".


     
     

  8. Wystarczy wczytać się w początek podlinkowanego artykułu by dostrzec marginalność  czy wręcz nietrafność prztkładu.Bliższy byłbym wiary w słowa Uwe Kierchnera i to po bliższym zbadaniu ( na co nie mam specjalnej ochoty ) sylwetki tego pana.

  9. Jak dla mnie , okladka jest PRIMA SORT ! W koncu nawiazuje do "chlubnej" tradycji  powolanego przez Hitlera Urzedu ds. Zarzadzania Mlodzieza . O tym trzeba glosno mowic i przypominac nieswiadomym , ze w 1952 r Jugendamt zniszczyl akta osobowe ok. 200 tys polskich dzieci , ktore nigdy juz nie powrocily do Polski . Czytajac doniesienia medialne z ostatnich lat , nasuwa sie refleksja , ze metody zostaly te same , tylko mocodawcy inni .

  10. Zdarzyło mi się wiele podobnych spraw. Scenariusz mniej więcej wygląda tak:

    Państwo upomina się o swoją własność w postaci dziecka polskich rodziców - urodzonego za granicą, lub w Polsce. Uzasadnienia bywają różne. Pomijam przypadki takie jak przemoc.
    Może to być rozwód rodziców, niewystarczające zarobki, warunki mieszkaniowe uznane przez jakiś urząd za nieodpowiednie. Fakt, że rodzice posługują się w rozmowach z dziećmi językiem ojczystym, a nie językiem danego kraju. Rzekomo niższy poziom szkolnictwa w Polsce (mimo że jest dokładanie na odwrót, bo pomimo wszelkich reform, i tak na tle Europy nasza edukacja nadal jest o wiele lepsza).

    A może by tak, na zasadzie wzajemności, eksperymentalnie zabronić Niemcom posługiwania się językiem niemieckim w domu? Co? Przecież polskie rodziny bez przerwy muszą się z tego powodu szarpać z jugendamtami.

  11. Nie chce stawac w obronie niemieckich urzedow -ale sprawa jest strasznie "nadmuchana"- z wlasnego doswiadczenia wiem (najpierw wlasne dzieci potem wnuki)-ze strony przedszkola,szkoly i urzedow nigdy nie spotkalem sie z negatywnym nastawieniem do uzywania jezyka polskiego-wrecz przeciwnie namawiano by wychowywac dzieci dwujezykowo (poniewaz zwieksza to mozliwosc percepcyjne,abstrakcyjnego myslenia a takze zwieksza zdolnosci przyswajanie nastepnych jezykow)

    ps moze gdzies zdarzaja sie jakies pojedyncze przypadki ale gdyby uznawac je za norme musielibysmy rowniez uznac ,ze urzedy w Polsce odbieraja dzieci bo sa zbyt otyle lub rodzice sa zbyt biedni...

  12. "Dziecko urodzone w Niemczech natychmiast jest uznawane za własność Niemiec i od tej reguły nie ma wyjątków." - amerykańskie i rosyjskie też?
    Dziecko otrzymuje obywatelstwo niemieckie automatycznie,jeżeli ojciec lub matka takie już posiada.
    "Bekommt ein hier geborenes Flüchtlingskind automatisch einen deutschen Pass? - Nein,die Staatsangehörigkeit richtet sich Hierzulande nach der Abstammung,nicht nach dem Geburtsort."

  13. W środowisku liberlewaków, rządzącym częścią świata, heteroseksualizm jest obciachem.
    O dzieci jest więc trudno, a zapotrzebowanie na nie rośnie.
    Oni uwielbiają brać nie swoje.