Orwell się mylił, nasz 1984 będzie wyglądał zupełnie inaczej

Prześlij dalej:

Kierunki zmian społecznych mają tak wyraźnie zaostrzone wektory, że ciężko się pomylić w prognozach. Trzy główne ścieżki degradacji przebiegają wzdłuż i w poprzek prozy życia: wyżywienie, edukacja, praca. Populacja napycha się paszą dla ssaków naczelnych, edukacja staje się zwykłym towarem, z taniej chińskiej półki, wystarczy przypomnieć, że do zdania matury potrzeba 30% trafnych odpowiedzi, a poziom pytań przyprawia o wypieki. Ostatnia w kolejce degradacji jest praca i tutaj również musi nastąpić kompletne stępienie. Jakieś 7 lat temu kończyłem studia i już wtedy co bardziej rozgarnięci profesorowie mówili otwarcie, że fasada wolnego rynku razem ze wszystkimi innymi pozorami musi upaść. Obliczono, że 20% pracujących w zupełności wystarczy do zaspokojenia potrzeb, reszta to roboty i polityka. W tych kalkulacjach nie zabrakło zapobiegania buntom, które najłatwiej zdławić socjalnym zabezpieczeniem. Gdyby nie polityka i pozostałe fasady, od dziś można wprowadzić zasadę 20% pracujących, 80% usatysfakcjonowanych warzyw, ale nie na poziomie minimum socjalnego, tylko na poziomie pozorów dobrobytu. Czego pragnie przeciętny zjadacz paszy dla ludzi? Jak najmniej wysiłku, stresu i zmartwień, poczucia bezpieczeństwa, rozrywki, pełnego brzucha, słowem nic nowego – chleba i igrzysk. W każdym domu telewizor, w każdym domu wikt i opierunek, za szczególne postawy lojalności drobne nagrody. Wszystko razem może kosztować „system”, zaledwie promocję w dowolnym hipermarkecie, bo wszystko z założenia jest podłą jakością, dającą maksimum satysfakcji. Tanim kosztem zostać inteligentem, najedzonym, rozbawionym, pozbawionym stresu. Raj na ziemi i żadnej „chytrej baby z Radomia”.

Unia Europejska i FED obrabia ten patent do ostatniego szlifu, oczywiście dziś, większość myślących ludzi uzna moje fantasmagorie za klinowanie drugiego dnia Świąt, ale alternatywą dla tego scenariusza jest Auschwitz. Jeśli starsi bracia w wierze nie spuszczą z tonu, nie sięgną do swoich sejfów i drukarni oddając część paserki dla ludu, znajdzie się wcześniej czy później sfrustrowany malarz lub katowany w dzieciństwie syn szewca, który poprowadzi lud na barykady. Albo rybka, albo pipka jak powiedział Anioł, że powiedział Hamlet. Masy da się przerobić na rozleniwiony rezerwuar pochłaniający „darmowe” promocje lub rozognić emocje do poziomu rewolucji. Prawie każdy i naprawdę przeciętnie zorientowany socjolog będzie wiedział, że taniej jest rzucić ochłap niż napalm, ale dla masowego biznesu zyski wyglądają nieco inaczej. Wojna toczy się między producentami rakiet „precyzyjnie” namierzających cele, a korporacjami, które będę produkowały jeden system operacyjny, jeden napój gazowany, jedną kanapkę z „wołowiną”, jeden samochód w kilku wersjach. Czy uda się wcisnąć podobny chłam? A dlaczego miałby się nie udać, o ile pasza dla ludzi będzie podawana za darmo i edukacje nie będzie kosztować minimalnego wysiłku, wszystko się uda z pełnym powodzeniem. Orwell pisał swoje wizje w czasach gdy szalały wstępne patenty na opanowanie jedną receptą całego globu. Zamordyzm się nie sprawdził, oczywiste środki, marne zyski. Czas na inne, równie balanse, ale bardziej niepozorne zalizanie, zakochanie, polityka miłości, w takiej wersji, że nikt nie podskoczy, bo będzie miał co żreć i TV 48 calowy, to przyszłość dyktatorów.

Taki średnio świąteczny temat przyszedł mi do głowy, ale gdy sobie czytam kolejne prognozy analityków, gdy sobie kartkuje milion perspektyw przedstawianych przez profesorów ekonomii, przestaję traktować zgadywanki poważnie. Jedna decyzja amerykańskiego FED może rozpocząć realizację obu scenariuszy. Europejska wersja dyktatora z ludzką twarzą, w postaci UE, póki co bardziej przypomina dupę niż twarz, to jest nadal etap szewca i malarza tyle, że więcej cukierków wyprodukowanych z plastikowych butelek niż lagrów z recyklingu się oferuje. Sęk w tym, że pomysły się kończą i trzeba będzie przejść na FED lub zacząć nową rewolucję. Obecna faza marazmu, budowanie dwóch prędkości i biurokratyzowanie każdej decyzji, która powinna być autonomią tubylczą, kończy się „konfliktem dyplomatycznym”. Póki piramida rosła i niewolnicy mieli jeszcze krzepę, jakoś się toczyły kamienie i powstawały piramidalne grobowce, wspólnym europejskim wysiłkiem. Przyszedł czas na rachunki i się zaczęło, stanęło widmo rewolucji naprzeciw łatwego życia na „kuroniówce”. Dziwić się nie ma co, że mocodawcy testują obie wersje, patrząc jak bardzo można przeciągnąć obie struny. Za 20 lat powinno być ciekawie, pójdzie dym z kominów albo zapanuje błogi wegetatywny spokój z pełną kichą, tytułem magistra dla każdego i ekranem na całą ścianę salonu – wszytko za darmo, czyli cenę warzywa.

6
6967 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

10 (liczba komentarzy)

  1. Ten pierwszy wariant (80% byczy się i jakoś żyje) jest chyba nierealny. W momencie gdy masy nie będą musiały pracować, staną się zbędne i zacznie się ich fizyczna likwidacja. Dylemat ojców ludzkości polega na tym, że jeszcze brak środków technicznych do takiej likwidacji (zbyt niedopracowana epidemiologia chociażby), ale za parę lat coś się znajdzie.
    Jeśli nie zdażą, to raczej rewolucja, syf i malaria są bardziej prawdopodobne.

  2. avatar

    Słusznie! Jeśli chodzi o liczbę mas, ale ten problem jest załtwiony medami i edukacją - modniej skrobać, a jesli juz to góra jedno dziecko. Eksterminacja w białych rękawiczkach.

  3. Z jednej strony aborcja (najlepiej jeśli darmowa dla biednych, płatna dla kast wyższych),  z drugiej intensywne reformowanie służby zdrowia.
    To są półśrodki, ale uczeni coś lepszego wynajdą.

  4. avatar

    Niby celnie, ale taki zabieg był testowany na "grypach". Po pierwsze to musiałoby być pod pełną kontrolą i zabezpieczonym serum dla twórców i władzy, a wiadomo, że żaden naukowiec takiej gwarancji nie da, bo mutacje, bo nieprzewidywalna natura i tak dalej. Po drugie, ktoś się pierdolnął z tym Internetem i wyszłoby na "fajsie", że kierownik miał "świńską grypę", ale nie umarł, coś tu śmierdzi i od razu śmierdzi rewolucją. Po trzecie, po co to wszystko, jeśli na przykład wystarczy płacić "becikowe" za: eutanazję, aborcję, modne single i przede wszystkim zagłodzić medialnie III świat. Oczywiście nie kasą płacić, ale na przykład telewizorami, kawą, starymi modelami samochodów, które w tej chwili, w ramach nadprodukcji i przeterminowania wysypuje się do morza, żeby przypadkiem nie trafiły do Etiopii. Naukowcy wymyślą i owszem, ale tańszego robota od Kambodżańskiego dziecka, wszelkie dżumy to przeżytek XIX wieczny. Przecież jedną decyzją polityczną można zagłodzić całe kraje, o których jedna agencja informacyjna nic nie wspomni, w każdym razie nie na pierwszych stronach. Gdyby nie Coca Cola, nie wiedzielibyśmy, że dzieciom w Etiopii puchną brzuszki. Chociaż, może i masz rację, taka grypa w Chinach, czy Afryce, jako lokalny wirus biedy i barku higieny pewnie by się sprzedała i też tanio, nie wyłaczając internetu. Jednak dla UE i USA trzeba przygotować coś soft, ot choćby modę i "darmowe sms-y".

  5. strony degradacja, z drugiej wzmożenie kontroli.

    Przykład z ostatnich dni to pomysł z chipowaniem pacjentów oraz kamery w samochodach:
    "W imię bezpieczeństwa unijni urzędnicy chcą wprowadzić w samochodach nowe, fabryczne wyposażenie obowiązkowe - kamery rejestrujące obraz i prędkość w każdym aucie.Obowiązkowe "czarne skrzynki" w każdym nowym samochodzie od 2015 r. to wymysł niemieckiego parlamentu, który wystąpił do Komisji Europejskiej o przygotowanie odpowiednich przepisów."

  6. avatar

    Jakoś mnie nie przekonują te „ darmowe promocje” Bo z czego będą mieli wynagrodzenia tacy na przykład prezesi  koncernów farmaceutycznych ? Suplementy diet muszą się sprzedawać za pieniądze, ludzie muszą kupować, masy ludzi muszą kupować, mało tego, powinni kupować w amoku, więcej i prędzej. Myślę, że zacznie się od buntu prezesów.

  7. avatar

    Prezesi to 1% z tych 20%. O ile żyć naiwnym przekonaniem, że to w czym uczestniczmy jest ekonomią, gospodarką, a choćby ekwiwalentem, wtedy można się śmiać z wizji. Sęk w tym, że globalne "mechanizmy" budują fantasmagorię. Powiedzmy, że X jest eksporterem albo importerem. Co on może X wiedzieć o sobie i swojej firmie, między 12.00, a zamknięciem forex. Za przeproszeniem niechby się zesrał jeden i drugi, bez ich udziału, jedynie losem okrutnym staną się żebrakami lub krezusami. Jaki w takim wypadku widać problem, by cały ten teatr pominąć., bo przecież nic poza teatrem we wskaźnikach makroekonomicznych odszukać się nie da.

  8. Masy były potrzebne jeszcze do połowy XX wieku, bo kupowały za prawdziwe, zarobione na produkcji dóbr pieniądze.Były też potrzebne państwom do tworzenia w razie czego milionowych armii.
    Dzisiaj nawet wojsko mas szeregowych nie potrzebuje. Jedyne zastosowanie ekonomiczne mas ubogich, zbędnych i niemal bezproduktywnych,  to dostarczanie bidnych nieruchomości pod zastaw kredytów.
    Kiedy biedota zostanie całkiem wycyckana z własności, to nikt już nie będzie jej żywił i bawił za darmo.
    Rozpocznie się jej powolna likwidacja lub wybuchnie rewolucja.
    Oczywiście przez jakiś czas możliwe będzie eksperymentowanie z darmowym utrzymywaniem plebsu, ale tylko w niektórych, bogatych krajach.

  9. avatar

    pan Solorz-Żak we Włoszech, ale również skromny redaktor Michnik - na ewentualność szybkiej ewakuacji z ,,niestabilnej poltycznie i społecznie" Polski. Jednak żaden z tych, ani tysięcy innych naszych ,,wielkich", nie wziął pod uwagę takiej oto sytuacji, że rewolucja (rozumiana tradycyjnie - po bolszewicku - motłoch w pałacu władzy i każdy bierze według potrzeb) przyjdzie tutaj , nad Wisłę, z zewnątrz. Najśmieszniejsze - z ciepłego i ,,bezpiecznego" Południa. Historia, zdaje się, zataczać pełne koło. Bo nie kto inny jak duce Mussolini i caudillo Franco zaczynali ,,tamte" rewolucje i burzyli ,,stary porządek".

  10. avatar

    lub katowany w dzieciństwie syn szewca.

    Szczerze?
    Tylko to ma szansę zmienić nasze Polaków życie ,  na to musimy liczyć.
    Innej alternatywy nie ma, bracia są zbyt przywiązani do paserki.
    A trzeba przypomnieć , że ziemia obiecana to (wikipedia):
    Kanaan, Chanaan (hebr. כְּנַעַן Kənáʻan lub כְּנָעַן Kənāʻan, stgr. Χαναάν Chanaan, arab. کنعان Kanʻān) – starożytna kraina na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego (teren późniejszej Palestyny, Syrii i Fenicji). Południowa część tych obszarów (Palestyna) wymieniana jest w Biblii jako ziemia obiecana Izraelitom przez Boga a nie Polska, już nigdy Polska.