Pederastka na placu zabaw dla dzieci

Prześlij dalej:

Staram się aby moje pociechy codziennie spędzały trochę czasu na świeżym powietrzu. To nie jest stracony czas. Dotlenione dzieci, które zażyły ruchu na świeżym powietrzu mają lepszy nastrój i apetyt, są bardziej chętne do współpracy, oraz wysiłku intelektualnego, co się przekłada na podniesienie harmonii życia rodzinnego w godzinach późniejszych. Że się tak wyrażę...
Krótko mówiąc wieczorem dzieci nie są upier*liwe i szybko idą spać. Banał, ale za to jaki zyskowny! Tym niemniej co i rusz spotykam rodziców skarżących się na drażliwość ich potomstwa, płaczliwość i różnego innego rodzaju „kłopoty wychowawcze”, których z pewnością by nie mieli, gdyby codziennie pozwolili dzieciom spalić nadmiar kalorii i adrenaliny. Zwłaszcza z tą adrenaliną to jest ważna sprawa.

Nawet w szkołach zapomniano ostatnio o tych podstawowych zasadach higieny. A może nie zapomniano tylko otrzymano takie wytyczne z dołu? Z tego dołu co się uważa za górę. W dobie walki ukazami z drożdżówkami, wszystko zdarzyć się może... Coraz częściej mamy więc do czynienia z narzekaniem pedagogów „PEDAGOGÓW!” na to, że uczniowie są rozkojarzeni, nerwowi, nieposłuszni, skorzy do agresji itd. I oczywiście przypisywaniem winy za ten stan rzeczy rodzicom. Bo tak najłatwiej, bo przecież od kiedy świat poszedł naprzód wiadomo, że rodzic najlepiej się nadaje na chłopca do bicia. Jak dziecko ma kłopoty to trzeba je zabrać z domu rodzinnego i umieścić w domu rodzinnym inaczej. Jak dziecko jest zdolne i ma genialne wyniki w nauce, o to co innego, wtedy to jest zasługa nauczyciela. No i oczywiście pani dyrektor skierniewickiego MOPR-u Janiny Wawrzyniak. Nie żartuję! Nie tak dawno temu, na posiedzeniu jednej z komisji Skierniewickiej Rady Miejskiej właśnie ta nieszczęsna kobieta przypisała sobie zasługi za to, że moje dzieci są zdolne, dobrze wychowane i wzbudzają zachwyt wszystkich pedagogów, którzy mieli z nimi styczność. I wiecie co? Nikt z obecnych tam radnych nie parsknął na to śmiechem. Nawet Ci z PiS-u tylko bezmyślnie przytakiwali. Nawet radny T, który uchodzi za wzorowego katolika. Pisałem o nim w notce pt: „Dlaczego pan Bóg widzi i nie grzmi?” http://godnoscojca.salon24.pl/670256,dlaczego-pan-bog-widzi-i-nie-grzmi
Nawet pani psycholog i pedagog Ewa Baranczewska, która nigdy nie miała z moimi dziećmi żadnej styczności zeznała w sądzie, że są one wspaniałe i cudowne i w ogóle... och i ach, i och i ach - że aż strach. Pisałem o tej ciekawej postaci w notce pt: „List Otwarty – też na Berdyczów” http://godnoscojca.salon24.pl/664968,list-otwarty-tez-na-berdyczow
Ile wywiadówekw tym nieszczęśliwym kraju poświęconych zostało poszukiwaniom remedium na agresję, rozkojarzenie i tumiwisizm u dzieci? I jakoś nikt nigdy, żeby nie wiem ile miał magisterek i doktoratów jakoś nie wpada na pomysł, żeby pozwolić uczniom po po prostu pohasać w przerwach lekcyjnych po podwórzu. Jak uczniowie mają nie być przydymieni lub drażliwi, kiedy wszystkie przerwy spędzają na korytarzu? Co chwilę przymuszani przez oficera prowadzącego... to jest nauczyciela dyżurnego, do stania lub siedzenia w bezruchu. Wszystko w atmosferze ogłupiającego harmidru nie do wytrzymania. Wszystko w atmosferze fermentacji beztlenowej. Czy ktoś pamięta jak wygląda szkolny korytarz w czasie przerwy? To jest po prostu horror!
Przez pierwszy miesiąc, zanim moje dziecko nie wypracowało mechanizmów obronnych, przychodziło ze szkoły z bólem głowy i dzwonieniem w uszach. Większość rodziców od razu swoje dzieci zagania do odrabiania lekcji. Ja musiałem toczyć boje ze swoją ambitną i zaangażowaną w życie szkolne pociechą żeby jej wytłumaczyć, że lekcje zdąży zrobić później, że spacer jest ważniejszy mimo deszczu, ciemności, wichrów, czy jakich tam innych przeszkód pogodowych. A nawet jeśli nie zdąży to co? Świat się nie zawali. Nie jej zmartwienie tylko moje. Pani to na pewno zrozumie, a jeśli nie zrozumie to ja jej przetłumaczę.

Ale wracając do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Otóż jednego razu kiedy moja starsza na największym w okolicy placu zabaw trenowała zawzięcie jazdę na rolkach, a młodsza obserwowała ją pilnie z wózeczka, podszedł do mnie pan z pieskiem. Właściwie najpierw to przyszedł piesek, pomerdał ogonkiem, obwąchał nas, połasił się, poocierał, wzbudził zaufanie i sympatię, dopiero wówczas wkroczył jago pan. Miał na obliczu uśmieszek fałszywy jak akcyza na bimberku. Wyciągnął rękę i przedstawił się. Człowiek ten od razu przywołał mi na myśl stereotyp SB-eka z końcówki lat siedemdziesiątych. Oczywiście SB-eka niższego szczebla. A jego pies „pederastkę”. Pederastka jak wiadomo, to taka torba bardzo męska, która w okresie schyłkowej komuny służyła za znak rozpoznawczy tajnych służb.
Ale o tym to napiszę w kolejnym odcinku.
CDN

0
1196 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Lech G

Autor artykułu: Lech G