Po konferencji NPW jest dużo lepiej niż przed konferencją – widać rozpacz trepów

Prześlij dalej:

Zgodnie z przewidywaniami niespodzianki nie było. Do wyboru NPW miała dwie wersje: bezczelną i „naukową”, wybrano bezczelną lekko zmodyfikowaną, o czym za chwilę. Przed badaniami laboratoryjnymi Szeląg krzyczał, że miejsce katastrofy jest tablicą Mendelejewa. Inni giganci intelektu, tacy jak Rysiek Kalisz, oświadczali, że dla nich obecność materiałów wybuchowych w samolocie wojskowym jest naturalna i oczywista, bo sami żołnierze nanieśli z kilogram trotylu wykruszonego z mundurów. Eksperci z WSI i skrzydlatej Polski przypominali, że w Smoleńsku mamy do czynienia poligonem, stąd trotyl fruwa po całym mieście. Okazało się, że samoloty wojskowe PRLII nie zawierają mikrona substancji „mundurowych”, a ziemia smoleńska jest czysta jak łza. Nie sądzę jednak, żeby się Rysiek z kolegami czemukolwiek dziwili, w końcu to był samolot rządowy i podlegał ścisłym procedurom, żaden żołnierz nie mógł wejść na pokład bez dokładnej półrocznej analizy chemicznej, bo jak widomo spektrometry wykrywają krople walerianowe. Ziemia smoleńska owszem jest przeklęta, ale nie skażona Mendelejewem, nawet pochodnych saletry nie wykryto, widomo czarnoziem, to i nie ma sensu nawozić, wystarczy płodozmian. Domyślam się, że po konferencji zdecydowana większość komentatorów skupi się na podobnych kwestiach technicznych, bo konia z rzędem temu, kto z żenującej paplaniny trepów wyciągnie cokolwiek stricte technicznego.

Wyszedł Szeląg i powiedział…. dokładnie to samo i tyle samo, co wybełkotał po badaniach spektrometrami. Dziennikarze, swoją drogą kompletnie zaskoczeni lub nie przygotowani, może z wyjątkiem Gargas, rozpaczliwie pytali o konkluzję z badań biegłych. Szeląg rozpacz dziennikarzy miał w najgłębszym poważaniu, ponieważ on nie przyszedł z konkluzją, ale w tym samym celu, który mu przyświecał podczas słynnej konferencji „trotylowej”. Wszystkie techniki propagandowe i cała retoryka została powtórzona po ośmiu miesiącach, w poprawionej wersji i na tyle skutecznej, że praktycznie na sali zapadła cisza, gdy rzecznik Wójcik zwrócił się do redaktorów o zadawanie pytań. Prokuratura miała powiedzieć, że nic nie stwierdza, nic nie potwierdza, niczego nie wyklucza, niczemu nie zaprzecza, jedynie etap śledztwa nie pozwala stwierdzić jednoznacznie... W drugim podejściu korekta polegała na roszadzie retorycznej. W ubiegłym roku stwierdzono, że nie można stwierdzić materiałów wybuchowych, dzisiaj stwierdzono, że nie stwierdzono, ale jednocześnie stwierdzono, że nie da się ostatecznie stwierdzić co z wybuchem. Technika i treść ta sama, forma dopracowana. Swoje jedyne zadanie prokuratorzy wykonali bardzo dobrze. Proponowałbym amatorom i fachowcom od technik manipulacyjnych przeanalizować dokładnie, krok po kroku sztuczkę NPW, bo w tym zakresie jest się od kogo i na czym uczyć. Tak wyglądała bezczelna wersja NPW zmodyfikowana wyciągniętymi wnioskami z poprzedniego spektaklu.

Pierwsze akapity poświęciłem złym informacjom, pozostałe wieści są dobre lub bardzo dobre. Zacznę od zmiany kadrowej, którą uważam za dobrą, w takim sensie, że sama zmiana jest fatalna. Wójcik od Rzepy różni się okularami, co ma swoje niebagatelne znaczenie i to w dwóch wymiarach. Po pierwsze brakuje ludzi, którzy chcieliby brać udział w grotesce opartej na mataczeniu. NPW ma identyczny problem, jak „zespół Laska”, antymedialne, toporne trepy za zostałem konferencyjnym, które ledwo potrafią ukryć, że najchętniej uciekliby do kantyny. Po drugie i wbrew temu, co zostało rozegrane na scenie konferencyjnej, od środka bajzlu NPW widać czarną rozpacz. Ci umoczeni po łokcie ludzie zwyczajnie się boją i przepraszam za psychologizowanie, ale nie lekceważyłbym tego elementu układanki. Na konferencję wyszli przerażeni ludzie, ale na ich szczęście trema nie była paraliżująca, tylko motywująca, czemu trudno się dziwić – walczą o życie. Jednak bardzo dobra wiadomość polega na czyś zupełnie innym, a mianowicie na status quo. Kolesie z NPW nie odważyli się wziąć na siebie odpowiedzialność za ostateczne matactwo. Zwracam uwagę na tę fantastyczną wiadomość, zdradzającą atmosferę, która musi panować w szeregach prokuratorskich i nie tylko. NPW pozostawiła sobie drogę ewakuacji, nie było na konferencji żadnych kpin z zamachowców, żadnych ostrych ataków, najmniejszych ruchów, które spaliłby most powrotny do „wątku zamachu”.

Inną może nie bardzo dobrą, ale dobrą informacją jest ogólne wrażenie u przeciętnego widza. Zaryzykuję i dam głowę, że tak zwany przeciętny widz pomimo fachowo odegranej propagandy, a może właśnie z powodu fachowo odegranej propagandy, nie wyniósł ze spektaklu innego przekonania, niż te, które posiadał dotąd. Ta opinia może się wydawać sprzeczna, bo z jednej strony odsyłam fachowców do profesjonalnej analizy wybitnie ustawionej akcji propagandowej, z drugiej usiłuję pocieszać, że prosty Kowalski nie kupi chłamu. Zgadza się tak to właśnie działa, większość ludzi nie potrafi ponazywać elementów i mechanizmów teatru kłamstwa, ale doskonale czują, że są oszukiwani, zwłaszcza jeśli wcześniej oszustwo zostało zdemaskowane. NPW ciągnie za sobą garb poprzednich łgarstw i jeśli chciała garb najnowszą konferencją wyprostować, to niczego podobnego nie osiągnęła. Jednoznaczny mocny komunikat, nie pozostawiający wątpliwości lub w poważny sposób ograniczający polemikę, dawał szansę na przełom. Dzisiejsze klasyczne do bólu prokuratorskie blablabla, jest doskonałym alibi dla NPW, obojętnym materiałem dla frontu walki po obu stronach i fatalnym obrazem dla przeciętnego odbiorcy.

W sumie konferencja przerażonych trepów, którym nie pomógł, a przeszkodził debiutant Wójcik prezentujący się jak Grzegorz Rasiak na Wembley, przyniosła więcej bardzo dobrego i dobrego, niż złego. Pod koniec widowiska dziennikarze się w końcu przebudzili, a prokuratorzy zapomnieli od dobrym starcie i kompromitowali się coraz bardziej. Były liczne obawy, że dzisiejsza „impreza” pójdzie w ostrym kierunku i znacznie osłabi pozycję ludzi kwestionujących „ustalenia” NPW oraz pozostałych organów „państwa polskiego”. Nic podobnego nie miało miejsca, przeciwnie, po jednej stronie nadal mamy ludzi autentycznie zaangażowanych i bezinteresownych, po drugiej przerażonych aktorów walczących kłamstwem o życie. Mnie bilans zadowala, bałem się, że wyjdzie znacznie gorzej, a wypadło lepiej niż przypuszczałem. Na koniec jeszcze raz się odniosę do pozbawionego sensu analizowania technicznych aspektów prokuratorskich zabaw. Nie wiemy kto, jak, czym, co i gdzie badał, nie wiemy kto nad badającymi stał, z czym i jak długo. W tych okolicznościach pozostają jedynie domysły i doświadczenie wyniesione z poprzednich łgarstw NPW, o rzetelnej, technicznej, analizie nie ma mowy. 120 wacików, 100 grudek ziemi i 20 milimetrowych odprysków lakieru przebadano, to o czym w ogóle technicznie rozprawiać? Żadnego silnika, żadnego fotela, żadnej części usterzenia, to tak na wstępie, a gdzie zbiorniki paliwa, gdzie elementy hydrauliki itd. itp, o czym taki laik jak ja nie zapomniałby na pewno, gdyby mu przyszło badać samolot ze szwagrem, po dwóch flaszkach.

6
5641 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

2 (liczba komentarzy)

  1. po pierwszej konferencji z sytuacją obecnie. Sam bym na to nie wpadł. Nawet jęki Tuska o oczekiwaniu przeprosin nie zrobiły na nikim wrażenia.

    "Dzisiaj kończy się awantura trotylowa. Awantura, która dała pretekst wielu politykom do formułowania najcięższych oskarżeń, kończy się jednoznacznym komunikatem prokuratury - powiedział dziennikarzom Tusk, który przebywa w Brukseli na szczycie UE."

    On chyba nie widział tej konferencji, bo to co powiedział stoi w sprzeczności z tym co ja słyszałem dziś na własne uszy i widziałem na własne oczy.

  2. W grudniu po przekazaniu próbek przez KGB prok. Kopczykowi napisałem, ze jest po ptokach i zapomnijmy o tym. To było jasne. Tymczasem wczoraj Cezary Gmyz zaczął się domyślać, że być może to nie są próbki pobierane przez polskich biegłych od 17 września do 12 października ub. roku. No k...a kwiat dziennikarstwa przeoczył coś co dla zaocznego magistra było oczywiste (dzięki Gmyzowi przynajmniej wiemy, ze ruscy 2 miechy trzymali to w sejfach). Mało tego, nie tylko Gmyz wykiwany, ale i panowie mecenasi. Pszczółkowski gdzieś tak w kwietniu: "Materiały wybuchowe będą musiały być potwierdzone przez prokuraturę, bo wykrywacze nie mogą pomylić się kilkaset razy". Pszczółkowski w swojej naiwności uznał, że ruscy na pewno nie podmienili, a podlegające MSW laboratorium kryminalistyczne nie sfałszuje wyników. Inna pierdoła - mec. Bartosz Kownacki w moim dzieciństwie na podwórku stałby tylko "na bramce", nie dopuścilibyśmy tego naiwnego dobrodusznego dziecka do haratania po boisku.
    MK, w czterech miejscach napisałem, że koniecznie musi powstać profesjonalna komputerowa wizualizacja wszystkiego co wynika z filmu motolotniarza - teren z wymiarami, drzewa z wymiarami i odl. pomiędzy nimi i naniesionym samolotem z jego wymiarami. Wówczas skończy się pitolenie o przenikaniu niczym duch przez ten zagajnik. Tylko Ciebie to zainteresowało, reszta nie podjęła tematu. Być może Macierewicz czeka aż wydasz z 10 tysięcy na tą wizualizację i podrzucisz mu. Ludzie są wzrokowcami i taka wizualizacja obali raz na zawsze Laska z Artymowiczem i Szelągiem. Jednak nikt tego nie zrobi, bo wszyscy zgłupieli, a ja za równo 2 lata czyli 28 czerwca 2015 roku napiszę tu na Twoim terenie, że wizualizacji jak nie było tak nie ma.