Spisek czy prawda? - ale zmraża...

Prześlij dalej:

A propos robienia z Polaków niewolników, kolonizowania Polski, o czym piszą tu świetnie inni blogerzy, opowiem Wam dzisiaj bajkę, nie-bajkę, którą usłyszałem od pewnego znajomego w roku 2000. Historia ta zmraża krew, wydaje się nieprawdopodobna, ale czy na pewno jest tylko spiskową teorią...?

Otóż kiedyś jechałem w pociągu przez Polskę z jednym z bisnesowych znajomych. Siedzieliśmy sami w przedziale, więc można było swobodnie rozmawiać. Nie znam przeszłości owego znajomego, mogę tylko podejrzewać go o jakieś związki ze służbami. Ale zostawmy moje podejrzenia...

W którymś momencie znajomy ów rozpoczął snuć taką oto opowieść:

Wyobraź sobie kraj średniej wielkości, taki jak Polska. Wyobraź sobie, ilu w tym kraju jest decydentów, którzy mają wpływ na rzeczywistość. Policz: 460 posłów, 100 senatorów, 100 ministrów i wiceministrów, 100 szefów urzędów centralnych i służb, 32 wojewódów i wicewojewodów, 40 prezydentów większych miast, 100 najwyższych oficerów wojska, 100 wyższych oficerów policji, 50 najwyższych urzędników pałacu prezydenckiego, 20 szefów największych stacji rtv i gazet. Doliczmy jeszcze 300 innych ważnych osób, np. marszałków i wicemarszałków województw, prezesów największych spółek państwowych, rektorów największych uczelni, ambasadorów itd. Łącznie mamy ok. 1400 osób. 1400 osób, które mają decydujący wpływ na to, co się dzieje w Polsce, co się pisze w Polsce, co się mówi w Polsce, jakie prawo uchwala się w Polsce, jak się rozdziela pieniądze w Polsce. To jest grupa osób, która zmieści się w jednej sali teatralnej, widowiskowej, koncertowej. To nie jest duża grupa ludzi.

A teraz wyobraź sobie pewnego bogatego człowieka, ktory rekrutuje 140 takich "Jamesów Bondów", inteligentnych, sprawnych fizycznie, mówiących biegle po polsku, angielsku i w jeszcze jakimś języku, których doskonale szkoli z zakresu sztuk walki, psychologii, manipulacji, perswazji, polskiej sceny politycznej itd. Po czym, po sprawdzeniu ich skuteczności i lojalności, zatrudnia ich do pewnego projektu. Zatrudnia ich oczywiście za pieniądze, duże pieniądze, i wyposaża w świetny sprzęt. (Jeżeli zapłaci im 10 tys. dolarów, powiedzmy 40 tys. złotych miesięcznie, to cały oddział tych agentów kosztuje go rocznie 40 000 x 12 miesięcy x 140 osób = ok. 68 mln złotych, doliczmy drugie tyle na koszty rozmaitych operacji, wyjazdów, materiałów itd., będzie to koszt roczny na poziomie ok. 140 mln złotych). Dla dowolnego multimiliardera jest to koszt porównywalny z tym, co wydaje on rocznie na swoje życie, czyli rezydencje, podróże, jachty, służbę, baseny itd. itp. Czyli pestka.

Teraz wyobraź sobie, na czym polega ów wspomniany projekt. Otóż każdemu ze stu czterdziestu wyszkolonych celowo agentów prywatnego oddziału przydziela się 10 (dziesięciu) ludzi z naszej grupy 1400 decydentów. Przydziela, to znaczy agent ma się tą "swoją" dziesiątką zaopiekować. A jak rozumieć słowo "zaopiekowac"? Ma on ich odwiedzać, udzielać instrukcji, jak mają głosować, jakie decyzje podejmować, jakich lobbystów przyjąć, jakie zapisy legislacyjne wprowadzić, komu przyznać pieniądze lub kontrakty. A jeżeli oponują, to uświadomić, jakie mogą ponieść konsekwencje osobiste czy rodzinne. Natomiast, jeżeli się zastosują do wskazówek, to dostaną nagrodę. Mówiąc inaczej, każdy z tych 140 agentów ma wpływać w tym samym kierunku na swoją dziesiątkę podopiecznych, przekupując ich i zastraszając.

Siedziałem w przedziale pociągu, porażony tą opowieścią, bo jej realność i sugestywność była przygniatająca. I do dziś stawiam sobie pytanie: skąd ów znajomy znał taką historię? Czy to tylko spiskowa teoria, czy to się dzieje naprawdę? Na koniec pytanie retoryczne: czy nie macie czasem wrażenia, że to państwo "nadwiślańskie" działa trochę tak, jakby ta teoria była prawdą? Kamieni kupa?

Źródło foto: 

własne

0
2229 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Askalek

Autor artykułu: Askalek