Strzeżcie się wilków w owczej skórze

Prześlij dalej:

W artykule pt: „Towarzystwo przyjaźni owiec z wilkołakami” http://godnoscojca.salon24.pl/672159,towarzystwo-przyjazni-owiec-z-wilkolakami
obiecałem pochylić się nad rozszyfrowaniem prawdziwych intencji biurokratów z „Barnevernetu”, którzy zorganizowali spotkanie z Polakami osiadłymi w Norwegii, rzekomo by lepiej poznać obyczaje i polską kulturę. W wymienionym materiale zacytowałem relację z tego spotkania autorstwa pani Doroty Korzenieckiej. Pani Dorota społecznie zajmuje się pomocą dla rodzin pokrzywdzonym przez państwo, którym usiłuje się, bądź już odebrano dzieci.
Przypomnę, że Barnevernet to biurokratyczna instytucja utrzymująca się z porywania dzieci z normalnych rodzin i redystrybucji ich do rodzinopodobnych biznesów prywatnych lub państwowych. Nie muszę tłumaczyć, że kryją się za tym procederem ogromne przepływy pieniężne. Z relacji pani Doroty wynika, że biurokraci Ci nawet nie zadali sobie trudu żeby zamarkować jakiekolwiek zainteresowanie polską tradycją i kulturą, czy potrzebami i problemami polskich rodzin w Norwegii, związanych choćby z integracją, przyswajaniem języka i miejscowej kultury. Interesowały ich tylko dzieci. Polskie dzieci traktowane nieomal jako dobrej jakości towar, na który w Norwegii wciąż rośnie popyt.
Zastanawiające jest, że spotkania takie zaczyna się organizować dopiero w momencie kiedy Polacy znaleźli w miarę skuteczne sposoby obrony swoich rodzin przed agresją Barnevernetu (odpowiednika polskiego MOPR-u). W momencie kiedy pozyskiwanie polskich dzieci „Barnevernet'owi” już nie przychodzi tak łatwo i tak tanim kosztem.
Do tej pory Polskie rodziny, które stały się w Norwegii obiektem instytucjonalnej agresji były prawie zupełnie bezbronne. Zazwyczaj szukały one ratunku u polskich służb dyplomatycznych. Niestety służby te opanowane przez zarażone genderyzmem PO, najczęściej zbywały swoich rodaków w potrzebie, albo co najwyżej udzielały „dobrych rad” w stylu: „pakujcie się i spier...cie jak najprędzej do kraju, póki jeszcze macie dzieci przy sobie”. Daleko im było, i niestety nadal jest, do zdecydowanych działań na przykład służb czeskich. Z wielkim podziwem i szacunkiem, a zwłaszcza z zazdrością przyjmuję postawę prezydenta Czech, Milosza Zemana, który niedawno oświadczył królowi Norwegii, że jeśli Norwegowie nie zaprzestaną prób zawłaszczania czeskich dzieci, to wyrzuci z Czech norweskie przedstawicielstwa dyplomatyczne!
Polakom, którym Norwegowie już odebrali dzieci pozostawało pogodzenie się z rodzinnym dramatem, lub odbicie swoich potomków siłą, samodzielnie albo przez wynajęcie prywatnego detektywa Rutkowskiego, który swego czasu wyspecjalizował się w tego typu akcjach. Na pomoc polskiego państwa oczywiście nie mogli liczyć. Miejmy nadzieję, że wkrótce się to zmieni...
Póki co Polacy samodzielnie nauczyli się wykorzystywać narzędzia dostępne w systemie prawnym Norwegii. Na przykład prawo do darmowej opieki prawnej, które przysługuje każdemu dziecku bez wyjątków. Okazuje się, że natychmiastowe wynajęcie adwokata znakomicie poprawia położenie ofiar przemocy instytucjonalnej. Miejscowi adwokaci znają lokalną specyfikę, nie są zazwyczaj skorumpowani, więc rzetelnie potrafią przywoływać do porządku funkcjonariuszy państwowych. Okazuje się, że norwescy biurokraci wcale nie są inteligentniejsi, odważniejsi, czy też lepiej wykwalifikowani od polskich. Za to mają większy respekt dla profesjonalnych prawników.
Nie podoba się to oczywiście Barnevernet'owi, ale (na tym etapie) nie może on przecież jawnie zakwestionować podstawowych praw obywatelskich, z których wciąż dumne jest całe norweskie społeczeństwo! Kolejnymi skutecznymi narzędziami jest integracja polskiej społeczności w obliczy zagrożenia, szybka wymiana doświadczeń, oraz umiejętność nagłaśniania przypadków łamania praw człowieka i obywatela w mediach. Okazuje się, że Polacy szybciej niż tubylcy zorientowali się w mechanizmach działania i prawdziwych intencjach Barnevernetu.
Mafie zawiadujące norweskim rynkiem dzieci mają więc poważny problem. A właściwie dwa poważne problemy. Pierwszym z nich jest ryzyko, że doświadczenia Polaków przełamią barierę językową i staną się dostępne również dla innych mniejszości narodowych żyjących w Królestwie Norwegii, a co gorsze że zyskają zrozumienie i poparcie autochtonów. Drugim problemem jest ryzyko, że sukcesy Polaków w walce z przemocą instytucjonalną w Norwegii zostaną przeniesione do Polski.
Jest to o tyle istotne, że międzynarodowe gangi mające chrapkę na handel polskimi dziećmi już od dłuższego czasu usiłują zbudować w naszym kraju sieć i zaimplementować narzędzia formalno-prawne umożliwiające masowy import polskich dzieci do Norwegii.
Okazało się bowiem, że o wiele prościej i taniej jest gangsterom korumpować polskich biurokratów i z ich pomocą atakować rodziny z dziećmi bezpośrednio w Polsce. Polskie rodziny w kraju pod względem obrony przed agresją instytucjonalną są w dużo gorszym położeniu od swoich rodaków w Norwegii. Przede wszystkim, nie mają zagwarantowanego ustawowo, automatycznego dostępu do darmowej pomocy prawnej, nie dysponują też takimi środkami finansowymi. Przede wszystkim jednak nie mają w ogóle dostępu do publicznych mediów. Tymczasem poprzez sprytny lobbing czyni się przygotowania do stworzenia i wdrożenia w Polsce rozwiązań, które uzależni tę pomoc od dobrej woli MOPR-ów. Przeraża że działania te mają charakter zakulisowy, a opinia publiczna jest ich zupełnie nieświadoma. Nie trudno jest przewidzieć jakie skutki wywoła uzależnienie otrzymania bezpłatnej pomocy prawnej od woli instytucji pełniącej w Polsce podobną rolę jak w Norwegii Barnevernet.

0
716 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Lech G

Autor artykułu: Lech G