nagrody



share

W tych dniach Zbigniew Boniek „rozkochał” w sobie kibiców od Lecha Poznań po Legię Warszawa, podejmując decyzję, że w ostatniej kolejce ekstraklasy na żadnym stadionie nie będzie weryfikacji wideo, czyli słynnego VAR. Boniek nawarzył sobie bigosu i będzie musiał zjeść go sam, a przy okazji spytać sommeliera, czy wino od Kurskiego nada się do tej potrawy. Podobne dylematy ma od wczoraj opozycja, która niczym „karp Millera” prosiła się o Wigilię. Trzeba mieć naprawdę mało wyobraźni i bardzo dużo bezczelności, aby będąc Platformą Obywatelską robić kampanię samorządową pod hasłem „Oni okradli Polskę”. Wczorajsza kontra Kaczyńskiego była prawym prostym, wielkiej finezji tu nie ma, ale cios jest oczywiście nokautujący.



share

Nigdy mnie nie interesowało klepanie brawek w stadzie, a już szczególnie mnie irytuje podpinanie się pod efekciarskie akcje i łatwe cele. Wczoraj tygodnik „Sieci”, który prowadzą bracia Karnowscy, przyznał Juli Przyłębskiej tytuł „Człowiek Wolności 2017”. Jak się łatwo domyślić każdy bywalec internetowych forów zdążył się w tej sprawie wypowiedzieć i wyrazić swoje oburzenie albo zachwyt. Nie mieszczę się w żadnej kategorii, nic mnie tu nie oburza i nie zachwyca, staram się patrzeć na to zjawisko pragmatycznie. Takie laury i nagrody z definicji powinny być przyznawane za nadzwyczajne osiągnięcia i samo się narzuca pytanie, cóż nadzwyczajnego osiągnęła Prezes TK?



share

O stalinowskim wyczynie najnowszej gwiazdy medialnej powiedziano więcej niż wszystko, dlatego nie zamierzam tłuc piany na pobojowisku sprzecznych argumentów. Zaciekawił mnie zupełnie nowy i niezwykle pocieszający trend, który warto odnotować. Otóż wbrew wszystkim nadęciom, napięciom, hiperbolom i dmuchanym histeriom, spokojnie sobie można pozwolić na mało wybredny żart z nazwiska medialnej gwiazdy. Tuleya rozsypał się jak mały Igor po pierwszym suwie, który miał go wynieść na autorytet. Jeszcze nie zaczął ssać, a już skończył na wydechu. Żeby było jeszcze bardziej paradoksalnie, to pan ginąca w oczach gwiazda, spalił się dokładnie tak samo, jak spalono infantylnego Zbyszka Ziobro. Pewnie znów zbiorę z obu stron, niemniej infantylność obu panów nie podlega w mojej ocenie najmniejszej wątpliwości. Dopiero po latach Jarosław zauważył, nie bez politycznej motywacji, że nikt tak skutecznie nie ośmieszył idei IVRP jak organizowane trzy razy dziennie konferencje Ziobry.