Powieść wakacyjna odc. 17

Wiatr szumiał wokół głowy, uderzał w ramiona, piasek unosił się dociskany bieżnikami kół, pryskał na boki. Po obu stronach, jak eskadra mysliwców, jechali nieznani goście w chustkach na głowach przepasanych sznurami, w szerokich wojskowych drelichach. Na otaczającym horyzoncie coś się wydarzało, pasma kolorów przemieszczały się na podobieństwo snujących się smużek dymu. Wszystko to w warkocie quadów - jedynym dźwięku słyszalnym w promieniu trylionów kilometrów. Wariatek nie było widać. jechali w kierunku wydm, za którymi znikły. Milczące towarzystwo cichej wyprawy, świdrujący nieznany dźwiek, delikatne wycie, buczenie. Ziemia zaczynała się podnosić, zapominała o przyciąganiu, takie złudzenie, które znikłoby po przetarciu oczu. Nie mógł przetrzeć, musiał trzymać kierownicę. Musieli uważać na drogę, jechali szybko, żal było czasu, nie miało sensu przewrócić się, zaliczyć wywrotkę, nie przed szczytem tej wydmy, zwłaszcza, że obiecywała i spełnila obietnicę widoku na karawanę najmniejszą z karawan: szczupłe w cieniu wielbłądy z filigranowym ładunkiem - jedyny ruchomy punkt. Odjechaly potwornie daleko. Parły w nieznane, cholerny de Saint Excupery. Oswojony lis, dobrotliwa żmija, koła samolotu lotnika, wystające spod piasku skrzydło. Pustynia pełna studni, wieczór, bezmiar, droga. - Ile mamy benzyny?


- Do we have enough oil?!!!!


- Do we ...


Brak reakcji, po lewej, po prawej, wpatrzeni w piasek, wyprostowani, pochyleni. I on spojrzał przed siebie. Chmura wznosiła się coraz wyżej, piach wirował, białe kłęby. Białoszarobeżowe kłęby. Rzadkie, było jeszcze wiele widać, trójka na wielbłądach przybliżała się, można już było odróżnić postaci, zaobserwować intensywną gestykulację. Grupka zatrzymała się, dwie postaci parły w jedną stronę, jedna oponowała, stopowała ruch. Coraz bliżej, chyba odwracali się w ich stronę, coraz ciemniej, piasek wirował już na wysokości kół.
Ktoś został, jechało obok niego dwóch, potem jeden, po lewej - Nieznajomy. Dotrwał. machał, krzyczał coś. Wśród kłębów piachu, w których coraz trudniej było oddychać, Karol mrużąc oczy rozpoznawał niewyraźne kształty, potem jechał w zapamiętanym kierunku, wreszcie zatrzymał się, bo nie dało rady jechac dalej, zostawił quada i na czworakach przedzierał się osłaniając oczy, aż natrafił na coś, przewrócił sie o coś. Pod pospiesznie dotykającymi palcami poczuł szorstką sierść wielbłąda, osłaniając oczy, na czworakach okrążał go, badał rękami, wreszcie natrafił na gładką skórę wśród tkanin i piachu. Poczuł na sobie czyjeś ręce, ręce odnalazły jego głowę i przyciagnęły, osłoniły derką. Leżeli u boku spokojnego wielbłąda, który nie takie rzeczy już widział. Wielbłąd miał specyficzny zapach, ale chronił przed piachem, który najchętniej wypełniłby płuca, wdarl się do oczu, gdyby nie były szczelnie zamknięte, zasypał, przysypał z czubem jak górska lawina. Która z dziewczyn to była? Nie wiedział, nie miał nastroju do dowcipkowania z mozliwego bliskiego kontaktu z panem naganiaczem. Odleciał, nie było go, był tylko szum i zamęt, nie wierzył, że kiedyś się skończy. Trzymali się kurczowo siebie i siodła, umysł wirował z piaskiem gubiąc strzępy skojarzeń.


Pierwszy zaczął cichnąć szum, po nim przyszło opamiętanie się krzemu w swoim podporządkowaniu ziemskiemu przyciąganiu. Wciąż jeszcze oddychali ostrożnie nie wierząc, że to koniec, bo wiatr przycichał już by zadąć ponownie, podobnie było z muzyką świstów, napięciem szumu. Jednak kiedy spokój sytuacyjny wydawał się przedłużać, Karol zdecydował sie unieść nieco derkę, którą podtrzymywała w plątaninie dłoni ... Bal sie puścić ją, drugą ręką naparł na namiocik oddalony kilkanaście centymetrów od ich twarzy, napotkał opór.
- Słyszysz mnie?
- Słyszu, słyszu.


Gdzie ona sie wychowywała, kim byli jej rodzice, przyjaciele, dlaczego jest taka, jaka...
- Karol, to ty?
- O Boże, co teraz?
- Nic, nie denerwuj się.


Mówili szeptem, jakby ktoś - kto? chciał ich podsłuchać. Może burza.


- O Boże, Karol!
- No bez takich... słuchaj, wstajemy po wielbłądzie, równocześnie, trzymaj mocno powietrze!


Osłaniając twarze dłońmi robiąc z nich maleńkie pomieszczenia na oddech zaczęli wysuwać się do góry, nie wyszło im z tego nic.


- Zaczekaj, wielbłąd wstaje.


Rzeczywiście zwierzę próbowało wstać, z nimi kurczowo przy siodle.


- Jemu trzeba pomóc, odgarniam piach, ty pilnuj namiotu.


Karol próbował uwolnić przednie nogi wielbłąda, kiedy pochylal się, plaszcz z derki przed nim usuwał się do góry. Zaplątał się, nie mógł przez nieskończona chwilę odeprzeć derki. Weronika pomogła mu pchając ją do przodu obiema rękami. Ruch przy prawym boku wielbłąda okazał się stymulujący - popychany, sam zaczął wiercić się próbując wstać, szarpanina zrobiła mu miejsce luzując piach. Tak naprawdę mieli niesamowite szczęście, nie zasypało ich głęboko, wielbłąd przedzierał się przednimi nogami, półklęczał, stanął na nich, odbił się tylnymi kopiąc Karola, z czego on nawet ucieszył się, bo Weronika była bezpieczna trochę dalej, trzymana przez niego mocno. Kłopot polegał na tym, ze wielbłąd chciał sie uwolnić sam, a nie z obciążeniem, oni mogli zostać w leju powstałym po ucieczce dromadera. Działali instynktownie, intuicyjnie? Na granicy uduszenia trzymali za uchwyty zdecydowani nie puścić się. Kłębowisko ciał zwierzęco - ludzkich przedzierało się ku bliskiej powierzchni, kiedy poczuli powietrze, wstąpiła w nich energia, ale niczym była przy zrywie wielbłąda, który zaczął wyrywać się parskając. Na szczęście nie gryzł. Wszyscy razem poobijani, przerzucali zwały piachu uwalniając się jak z bagna, które zaraz stało się wzgórkiem, niezbyt wysokim.


- Czekaj, on zaraz będzie chciał uciec, siądę na niego, nie puszczę go i wrócę, zaczekaj.


Weronika padła na piasek nie wierząc, że żyje. W ustach miała piach, w uszach, we wlosach, drapał w oczy czerwone jak u królika. Po chwili uniosła się, zaczęla kopać w poszukiwaniu derki, która musiała gdzieś tam być. Było przeraźliwie zimno. Pustynia lodowa z kraterami, burość, ale powietrze nadawało się do oddychania. Było go ile zapragnie. Gdzieś tutaj pewnie leżały zapasy wody, które zabrały. Byli inni.


- Karol!!!!!!
- Juuuuż!!!!


Nie mieli siły nigdzie iść, niczego szukać. Mieli wielbłąda, również zmęczonego, wszyscy razem zsuneli się jeszcze niżej w kraterze, aby mieć osłonę przed wiatrem, Karol zawiązał sobie na przegubie linkę przytroczoną do uprzęży, owineli sie ciasno derką szukając ciepla, a wilgoci w głębi wysuszonych ust znaleźli mniej, niż ze wspólnych łez nie wiadomo, skąd i kiedy zasnęli nie zastanawiając się, czy sie obudzą. Oczywiście komórki zginęły.


***


- Jasna choera, k... mać, zabije debili, sk ...syn jeden znów to samo zrobił i te wariatki!
- Daj spokój, Marek, helikopter wyruszy jak tylko opadnie piasek, Stefan mówił o Karolu cwaniaczek, poradzi sobie.
- A ty co tak z tym Karolem?
- A co ciebie obchodzi, nie twój interes!
- Jak nie mój, a czyj, czyś ty zwariowała do końca, z turystami sie wiązać?!
- Jakie do cholery wiązać, musisz się na mnie wydzierać zawsze, jak ci coś nie wyjdzie? Sam sobie jestes winien, wiedziałeś, jacy są nieobliczalni, to trzeba było na nich uważać, co ja mam zawsze za ciebie wszystko robić?!
- Ty za mnie, ty ...
- Co?
- Mnie ta Weronika ujęła.
- Piękna dziewczyna.
- Ty też.
- Ty też.
- Piękna dziewczyna?
- O nie, ja się z toba znów nie pogodze, to miał byc nasz ostatni wspólny wyjazd, o nie.
- Nie kłam.
- ...
- A właściwie, to kto ostatnio widział Romana?


***


Roman siedział sobie prawie od przyjazdu na kongresie w sali konferencyjnej. Trzeba trafu, ze akurat odbywało sie w tym super hotelu doroczne światowe sympozjum specjalistów od rzepki.


6
Twoja ocena: Brak Średnia ocena: 6 (2 głosy/głosów )

Udostępnij

Wow

portret użytkownika panmodry
6

ala hardcore. Z takich opresji nie wychodzi się z życiem. Często.


:) Idę zobaczyć, czy Twoja ekipa wyszła. Pozdrawiam.

PS. Skończony odcinek już hucznie zaznaczam żeby nie było niejasności.


a nie mówiłem, że hardcore?

portret użytkownika panmodry

a nie mówiłem, że hardcore?


Miały byc przygody na pustyni przecie, to i faktycznie.

Trochę cos podobnego do turystów zimą w Tatrach, co urwali się grupie i przewodnikowi na samodzielną wycieczkę. Twoja wyprawa była bardziej niebezpieczna, bo temperatura niska przez długi czas, ci skoro przezyli burzę i nie zasypalo ich głębiej, a niedaleko obiektywnie od Douz są, mają wieksze szanse.


No i mają wielbłądzicę. Może

portret użytkownika panmodry

No i mają wielbłądzicę. Może daje mleko? ;)


Nie daje mleka. Może jutro napiszę dalej.

Pozdrawiam:)


Opcje wyświetlania odpowiedzi

Wybierz preferowany sposób wyświetlania odpowiedzi i kliknij "Zapisz ustawienia" by wprowadzić zmiany.
Subskrybuj zawartość