Iwona Hartwich



share

Znane jest takie powiedzenie, że kto pierwszy powie prawdę, ten ma najgorzej, ale dla mnie to nie tylko powiedzenie, dla mnie to spora część życia. Odkąd jestem jako tako rozpoznawanym publicystą, nieustannie wylewa się na mój łeb wiadra pomyj i jeszcze gorszych substancji, ze słynną „mową nienawiści” i hejterstwem na czele. Nie wspominam o tym z powodu osobistej traumy, którą chciałbym publicznie podleczyć, bo na mnie to nigdy nie robiło wrażenia, a od pewnego czasu w ogóle nie zwracam uwagi na odruchy bezwarunkowe „opinii publicznej”. Piszę, ponieważ jest to potężna broń, która zamyka ludziom gęby.



share

Z sejmu wychodzi grupa hucpiarzy udających reprezentację osób niepełnosprawnych. Powinienem zacząć od samouwielbienia i całej serii „a nie mówiłem”, ale dam sobie spokój, skromny ze mnie chłopak, poza tym wszyscy widzą, że geniusz. Nie mogę się jednak powstrzymać przed przypomnieniem kliku faktów, które składają się na najbardziej rozbudowaną i mimo wszystko najbardziej trafioną akcję opozycji, chociaż jak zwykle wszystko skończyło się farsą. Po pierwszych dniach protestu nawet wśród zwolenników PiS, czy szerzej, przeciwników „totalnej opozycji”, nastąpiła konsternacja.



share

Zgodnie z zasadą, że nie da się udawać albo nie widzieć, co się dzieje, jestem zmuszony wrócić do tematu, który nie schodzi z medialnych czołówek. Mamy tu do czynienia z istnym paradoksem. Z jednej strony, nawet GW i lewackie portale uznają widowisko za słabe i dają do zrozumienia protestującym, że pora skończyć. Z drugiej strony jak z każdą spiralą, sprawy się nakręcają samoistnie. Dawno nie było tak, aby „liberalne” media powoływały się na „hejterów” i źródła szkodzące ideologii. W przypadku liderki protestujących, tak się właśnie stało. Ujawnienie, że niepełnosprawny Kuba Hartwich wraz ze swoją mamą kłamał w żywe oczy, jeśli chodzi o swoje zatrudnienie, zostało powielone we wszystkich największych portalach.

Strony